14.07.2015

Gold coast | hunhan






[1]



20 czerwiec 1990 roku był dziwnym dniem.

Ogólnie moja historia rozpoczęła się po tym, gdy matka dowiedziała się o mojej hm, jak ona to pięknie ujęła „złej orientacji”. Była kompletnie zawiedziona i zażenowana. Być może to dlatego wyrzuciła mnie z domu.

Czy mam jej to za złe? Myślę, że nie. Gdy nawet tak o tym myślę, to powinienem jej za to szczerze podziękować, bo dzięki niej spotkałem JEGO, a także ICH, osoby, które odegrały ważną rolę w moim życiu.

W sumie nigdy nie dogadywaliśmy się z mamą szczególnie dobrze. Nasza znajomość ograniczała się jedynie do wspólnych, cichych obiadów. Robiłem, co chciałem, a ona dawała mi wolną rękę. Czy ją kochałem? Chyba nie, ale w każdym razie ją szanowałem. Była kobietą biznesu, bardzo podziwianą i respektowaną. Dzięki jej pozycji społecznej praktycznie nigdy nie miałem problemów ani społecznych, ani materialnych. Zapewniała mi wszystko, czego tylko pragnąłem, chciałem, potrzebowałem, więc dlaczego miałbym jej nie szanować? Dlatego, że mnie wyrzuciła, żeby jej wizerunek nie ucierpiał na mojej orientacji? Szczerze powiedziawszy, nie obchodziło mnie to. Tak jak wspominałem, ciągle jestem jej za to wdzięczny.

20 czerwiec 1990 roku był dniem, w którym straciłem wszystko, a równocześnie wszystko zyskałem. Nie miałem dokąd iść, ani dokąd wracać. Tak właściwie to nie miałem niczego, oprócz paczki papierosów, którą zawsze trzymałem w swojej kieszeni, a mimo to, czułem jakby cały świat należał do mnie.

Oglądałem jak słońce chyli się ku upadkowi i nużąc się w górzystym horyzoncie, barwi niebo na krwistą czerwień. Przyglądałem się kłębiastym, pojedynczym chmurom, które skąpane w różowych promieniach zachodzącej gwiazdy, leniwie wlekły się przed siebie. Dokładnie tak samo jak ja. Byłem w tamtej chwili właśnie taką małą chmurką.

Szedłem wzdłuż torów, które zdawały się nie mieć końca. Służyły mi za pewnego rodzaju kompas, aby nie zabłądzić i nie zgubić się w ciemnym, gęstym lesie. Myślałem, że doprowadzą mnie do jakiegoś lepszego miejsca, a przynajmniej tak się łudziłem, bo tak naprawdę nie miałem nic innego do roboty.

Dziwna rzecz, bo również tego samego 20 czerwca spałem pierwszy raz pod gołym niebem. A jeszcze kilka godzin temu wydawało mi się to absurdalne. Spanie na zewnątrz? Przecież to dla bezdomnych, zaślepionych romantyków, dzieci.

Myliłem się.

Niebo było dla wszystkich. Również dla mnie, pieprzonego geja, który samotnie błądził po bezdrożach.

Ale to mi się podobało.

Rozbawił mnie sam fakt, że walory natury, które były ze mną tak naprawdę od zawsze, zauważyłem, a później nawet doceniłem dopiero wtedy, gdy mój świat materialny legł w gruzach, pochowany wraz z godnością i matczyną miłością.

Uświadomiłem sobie również, że kiedyś byłem taki jak inni, zaślepiony człowieczeństwem, posiadaniem, pieniądzem i ciągnącą się przez całe życie nudą. Znielubiłem tę starszą stronę mnie.


Ciemna przykrywa nocy lśniła rozświetlona przez milion maluteńkich światełek, a ponieważ nie miałem grosza przy duszy, przywłaszczyłem sobie je wszystkie. Myślę, że nikt nie miałby mi tego za złe i tak nikt na nie nie zwracał uwagi, a ja byłem pewien, że zaopiekowałbym się nimi bardzo dobrze. Codziennie bym się im przyglądał i podziwiał ich piękno. Obsypywałbym je najwymyślniejszymi komplementami, chwaląc każdy cal ich perfekcji. Myślę, że tego właśnie od nas oczekiwały.



Cały następny dzień wlokłem się przed siebie, zapominając tak właściwie, dlaczego to robię. Po prostu szedłem, obserwując szumiące liście i trawę uginającą się pod ciężarem rosy. Dyskretnie przysłuchiwałem się rozmowie dwóch słowików, nucąc pod nosem swoje autorskie, wesołe melodie.

Ciepło wschodzącego słońca powitało mnie uprzejmie, a ja uchyliłem przed nim głowę.


Co pewien czas obok mnie, przejeżdżały pociągi, wypełnione pasażerami aż po same brzegi. Widziałem przez okna zaczytanych studentów, schowanych za stertą papierów biznesmenów, matki z dziećmi, jakiś robotników i wszystkich porwanych przez błędne koło szarej, rutynowej rzeczywistości, usłanej pieniędzmi i kartami kredytowymi.

Tymczasem ja, Oh Sehun, patrzyłem na nich z niemałym obrzydzeniem. Zdecydowanie od tej ich całej ludzkiej paplaniny, wyzbytej uczuć i jakiegokolwiek sensu, wolałem koncerty ptaków i szepczące coś nade mną liście. Poczułem silną więź z naturą. Miałem wrażenie, że to właśnie tu należę i to tu jest moje miejsce.

Stawałem się jakimś pieprzonym hipisem, ale prawda była taka, że nigdy nie czułem się tak spokojny i wolny niż właśnie wtedy. Chciałem, żeby wszyscy poczuli to co ja. Chciałem, aby poczuli życie, swoje prawdziwe wnętrze, które zostawili dla pieniędzy, betonowych miast i niekończących się problemów.

Ale czym w porównaniu do zapachu świeżych kwiatów był wydech samochodowych spalin?

Zresztą człowiek niegdyś był naturą, prawda? Dalej jest, tylko o tym zapomniał.

Zaskakujące było to, że w ciągu jednego dnia, kiedy bez przyczyny szedłem przed siebie, zmieniłem całe swoje nastawienie do świata, a przynajmniej moją perspektywę. Niegdyś widziałem wszystko w czarnych barwach, z domieszką mdłej szarości i brudnej bieli. Dni płynęły, a ja wraz z nimi. Myślenie o sensie istnienia było dla mnie marnotrawieniem czasu, którego mógłbym poświęcić na nauce zarabiania pieniędzy, dla których tak naprawdę żyłem. Dla których każdy żyje, żył i prawdopodobnie żyć będzie.

Człowiek stworzył coś, co tylko utrudniało mu swój pobyt na Ziemi, co przysparzało mu samych problemów i zmartwień,
bo jeśli nie będzie miał pieniędzy,
to nie będzie miał za co żyć,
a jeśli nie będzie miał za co żyć,
to jak przeżyje?

Ludzie ustalili kwotę za życie.



Usiadłem na wielkim głazie i podciągając jedną nogę pod klatkę piersiową, dałem drugiej swobodnie zwisać. Oparłem się podbródkiem o kolano i wolno zaciągnąłem się upragnionym dymem papierosowym.

Obserwowałem zjawiskowy zachód słońca i towarzyszącą mu bogatą paletę kolorów, ciągnącą się przez całą gamę fioletu i czerwieni. Gdzieś nade mną leciała grupka gęsi, która, byłem tego niemal pewien, również zachwycała się tym urokliwym pejzażem. W dole, u samych stóp potężnego wzgórza, na którym królowałem ja, zasiadający na kamiennym tronie, rozpościerała się dzika, zielona przestrzeń przecięta na wskroś liniami kolejowymi. W oddali iskrzyły się światła jakiegoś żywego miasta, które prawdopodobnie jeszcze nie zamierzało kłaść się spać. Za to za delikatną linią horyzontu znikało słońce, bardzo subtelne i skromne, żegnające się ze mną cichym „dobranoc” wyszeptanym przez lekki, czerwcowy wiatr.

Opadłem na plecy, przykładając sobie do ust już do połowy wypalonego papierosa. Zaciągnąłem się nim mocno, aby następnie wypuścić dym z ust tak, by powstały pojedyncze, osamotnione obłoczki, które lada chwila rozpływały się w powietrzu.

Obłoczki te paskudnie przypominały mi ludzkie istnienie. Niby były, niby istniały, ale wraz z ulotną chwilą po prostu znikały, dając o sobie zapomnieć, bo przecież było wiele takich jak one.

Mimo to, nie bałem się zapomnienia.


Taka była kolej rzeczy.


 [2]



                Obudziło mnie sapanie starej lokomotywy, która przejeżdżała gdzieś w dole. Była okrutnie hałaśliwa, prawie tak bardzo jak krzyczący jej pasażerowie. Leniwie uniosłem się z mokrej trawy, niemrawo rejestrując, co się dzieje. Zbiegłem, a raczej ześliznąłem się z góry i udałem się w stronę torów, którymi akurat przejeżdżał nieznośny pociąg. Obserwowałem jak wagony z zawrotną prędkością mknęły przed siebie i nie wiem, co mnie wtedy tknęło, by wskoczyć do jednego z nich, ale jestem pewien, że była to jedna z najlepszych decyzji w całym moim całym życiu.

Zaszyłem się gdzieś w wagonie pełnym siana, co chwilę wychylając się, by zobaczyć nową okolicę. Wiatr nieznośnie rozwiewał moje włosy, równocześnie uniemożliwiając mi tym oddychanie. Co chwilę krztusiłem się, jednocześnie śmiejąc się z samego siebie i swojej głupoty. Wiem, zachowywałem się jak pięcioletnie dziecko, ale w tamtej chwili byłem tak podekscytowały i radosny, że miałem ochotę nawet na takie głupkowate zabawy. Kiedy w końcu zrobiło mi się już słabo od ciągłego braku tlenu, dałem sobie spokój i po prostu bezwładnie opadłem na stos siana, napawając się jego swojskim, kojącym zapachem.

Pamiętam, że przez chwilę myślałem o przyszłości i o tym, co mnie czeka, gdy mnie tam znajdą, a później usnąłem.


Nie sądziłem, że ta niechciana chwila nadejdzie tak szybko i tak piekielnie niespodziewanie. Błędem było spanie w czyimś pociągu i ogólnie to nikomu tego nie polecam, bo konsekwencje są bolesne.

Ktoś mocno szarpnął moją koszulką, a potem gwałtownie przyparł mnie do ściany. Ciągle zaspany i niewiedzący, co się tak właściwie dzieje, bezcelowo wpatrywałem się w rozmazaną sylwetkę przede mną, która z czasem nabrała ostrości. Brunet zmarszczył groźnie brwi, w zabawny sposób przysłaniając swoje podkrążone oczy. Zgrzytnął zębami.

- Kim jesteś? – z każdym jego słowem na mojej twarzy lądowało coraz więcej śliny.

Skrzywiłem się.

- Oh Sehun, ale chyba nic ci to nie mówi.

Mężczyzna jeszcze mocniej przycisnął mnie do ściany, a ja poczułem jak jego łokieć wbija się w moje żebra.

- Wiesz, co cię teraz czeka? – prychnął, ciągle się przy tym śliniąc.

- Nie interesuje mnie to. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- Wyrzucę cię stąd.

- Z pędzącego pociągu? – uniosłem brwi.

Chłopak nie wyglądał na osobę, która by była w stanie to zrobić. Wbrew pozorom był słaby i bez większego wysiłku mógłbym go powalić. Chciałem mu jednak dać tę satysfakcję.

Brunet zmieszał się przez chwilę, wyraźnie nad czymś rozmyślając, jednak już po chwili znowu przybrał groźny wyraz twarzy.

Uśmiechnąłem się delikatnie.

- Tak. Z PĘDZĄCEGO pociągu! – podkreślił.

- Więc zrób to.

- Co? – był widocznie zaskoczony.

- Powiedziałem, żebyś to zrobił.

Chłopak znowu się zmieszał, po czym przełknął ślinę i poprowadził mnie bardzo wolno do krańca wagonu. Brunet wyglądał na bardziej spanikowanego niż ja. Czułem jak jego ręce drżały, a jego kroki stawały się coraz mniej pewne. Przystanęliśmy na samym skraju, tak, że połowa mojego buta była już na zewnątrz, a na palcach czułem zimny wiatr.

Chwila napiętej ciszy, wypełnionej świstem przedostającego się do środka powietrza i szczęku linii kolejowej.

- Jestem słaby. - spasował, po czym rozluźnił uścisk, a ja przez chwilę straciłem równowagę, ocierając się o śmierć.

Chłopak opadł na podłogę i schował swoją twarz w dłoniach.

Wstydził się.

- Nie jest tak źle, prawie mnie zabiłeś. – odpowiedziałem, starając się ukryć moje rozbawienie.

- Nie żartuj sobie ze mnie, bo się wkurzę i naprawdę cię stąd wyrzucę. – był tak przekonany, że to zrobi, że znowu mimowolnie się uśmiechnąłem.

- Oczywiście.

- Tak właściwie, to co tutaj robisz? Nie przypominam sobie, bym wcześniej cię tu widział.  – spojrzał na mnie przez rozsunięte palce.

Westchnąłem.

- Nie wiem.

- Jak to nie wiesz? – zaśmiał się. – Skądś musiałeś się wytrzasnąć.

- Naprawdę nie wiem. Zobaczyłem pociąg, więc do niego wskoczyłem.

- Dziwny jesteś.

Nie odpowiedziałem.

- W każdym razie, to nie jest dla ciebie odpowiednie miejsce. Lepiej stąd uciekaj, póki jeszcze masz szansę. – usiadł po turecku naprzeciwko mnie. Jego twarz skamieniała.

- Podoba mi się tu.

- Naprawdę nie wiesz, w co się pakujesz. Wiele ludzi, w tym ja, chce stąd uciec, lecz hm… - zawahał się - Tak naprawdę nie ma dokąd. – starał się mnie przekonać.

- Dobrze się składa, bo ja też nie mam dokąd iść.

Chłopak jakby rozpromienił się.

- Więc niech ci będzie. Żeby później nie było, że nie ostrzegałem. – uśmiechnął się. – Jestem Huang Zitao, ale mów mi po prostu Tao. Pracuję tu jako weterynarz.

Uniosłem brwi.

- Weterynarz?

- Ach, nawet tego nie wiesz? – zaśmiał się odrobinę smutno. – Ten pociąg należy do cyrku.

Uniosłem brwi, aby później je z powrotem zmarszczyć. C y r k?

- Żartujesz sobie.

- Jeszcze masz szansę na odwrót.

- Nie, zostaję. – odpowiedziałem stanowczo.

To mogło być całkiem zabawne.

Zamyślił się.

- Więc chodź za mną.

Pomógł wstać mi z podłogi, a później poprowadził mnie wagonami, aż do tego pierwszego, na samym początku. Mijaliśmy sypialnie, spiżarnie i garderoby, przepełnione spoconymi ludźmi, aż w końcu dotarliśmy do pomieszczenia gabineto-podobnego. Na wypikowanych czerwonym materiałem drzwiach wejściowych, gdzieniegdzie ozdobionych złotymi nitkami widniała mała tabliczka w kolorowe gwiazdki z napisem „Kim Minseok”.

Poczułem dziwny ucisk w żołądku. To imię już wtedy kojarzyło mi się z salwą nieszczęść i czymś niedobrym.

Tao niepewnie zapukał, a po jego znowu drżących dłoniach wywnioskowałem, że się denerwował. Gdy usłyszeliśmy donośne „proszę”, chłopak cicho rozkazał mi zachować pokorę i być  kompletnie uległym.

Weszliśmy do środka.

Pomieszczenie tak jak drzwi wejściowe bazowało na krwistej czerwieni i złotych dodatkach. Odznaczał się niesamowitym przepychem i kiczem. Pikowane sofy, fotele, mahoniowe regały, biurko, a także stolik z krzesłami jedynie to podkreślały. Na ścianach wisiało mnóstwo obrazów niezwiązanych ze sobą w żaden sposób, a gdzieś tam w tyle stało ogromne, królewskie łoże z białym baldachimem.

Ogólnie wagon był paskudnie duży i paskudnie urządzony.

Przesunąłem wzrokiem po całym pomieszczeniu, aż w końcu zatrzymałem się na rudym mężczyźnie, który z założonymi rękami siedział za swoim ogromnym biurkiem, na niewiele mniejszym fotelu. Obok niego stała kolejna postać, która tak nie pasowała do całej tej scenerii, że wydawała się wręcz nierealna. Mogłem ją z łatwością porównać do porcelanowej lalki, zresztą niewiele się od niej różniła. Ta postać była niskim i drobnym mężczyzną, o wiotkim ciele i mlecznej karnacji. Jego lśniące, potargane blond włosy opadały mu bezładnie na czoło i lekko przysłaniały czarne oczy bez jakiegokolwiek blasku. Tak, wydawało się, jakby nie było w nim krzty życia, a zmęczenie wypisane na jego bladej twarzy tylko potęgowało to wrażenie. Wzrok miał na dobre wbity w perski dywan i w tamtej chwili wiele bym oddał, by na mnie spojrzał, choć przez chwilę.

Był potwornie czarujący, a jago tajemniczość tak mnie zauroczyła, że nawet nie poczułem jak Tao trąca mnie łokciem, bym ukłonił się przed niejakim Kim Minseokiem. W końcu jednak chłopak uderzył mnie na tyle mocno, że odzyskałem zmysły i zgiąłem się w pół, okazując należyty szacunek prawdopodobnie właścicielowi całego cyrku.

I cholera, nie mogłem się powstrzymać, by co jakiś czas nie spoglądnąć w stronę tego uroczego mężczyzny obok. Jego widok aż sam prosił się o spojrzenie.

- Tao, kto to jest? – zapytał widocznie zirytowany Kim Minseok.

- Ymm, to jest Sehun, tak, to jest ymm, Oh Sehun, on… - jego głos koszmarnie drżał.

Nie miałem pojęcia, czym się tak stresował.

- Bardzo podoba mi się pański cyrk, chciałbym w nim pracować. – dokończyłem za niego.

Szef wybuchł śmiechem, odchylając się na krześle.

- Ach, rozumiem. I jak się tu dostałeś?

- Wskoczyłem.

- Wskoczyłeś? – uniósł brwi.

- Wskoczyłem. – uśmiechnąłem się dumnie.

Przez chwilę poczułem na sobie ukradkowy wzrok mężczyzny obok, choć możliwe, że mi się jedynie wydawało.

- Naprawdę? – nie dowierzał.

- No… tak. Zobaczyłem wasz pociąg i wskoczyłem do jednego z wagonów.

- Żartujesz sobie. – zmarszczył niebezpiecznie czoło, przez co Tao aż przełknął głośno ślinę.

Mogłem się domyślić, że ten cały Kim Minseok budzi respekt wśród innych cyrkowców i to niekoniecznie dobry.

- Nie. Jak już wspominałem, jestem fanem.

- Śledziłeś nas?

- Tak, bardzo mi zależało, by się tu dostać. – potwornie kłamałem, ale naprawdę chciałem tam zostać.

- Już cię lubię. – uśmiechnął się, a Tao odetchnął z ulgą. - Palisz? – zapytał po chwili, wyciągając z szufladki biurka paczkę papierosów.

Pokiwałem jedynie głową.

Rzucił mi pudełeczko, z którego wyciągnąłem jednego papierosa i zapalniczkę.

- Tao, możesz już odejść. Chcę z nim porozmawiać. NA OSOBNOŚCI. – oznajmił, wypuszczając z ust siwy dym.

Brunet ukłonił się, posłał mi ostatnie, pełne współczucia spojrzenie i wyszedł z pomieszczenia, pozostawiając nas troje samych sobie.

Odpaliłem papierosa i zacząłem palić razem z Minseokiem, który kilka chwil potem wskazał mi miejsce naprzeciw jego. Usiadłem na nim wygodnie, rozkoszując się trucizną, która wypełniła całe pomieszczenie, a także moje płuca.

Przez chwilę słyszałem jak ten czarujący mężczyzna, który ciągle był z nami, zaczął się cicho krztusić. Poczułem się lekko winny. Po jego wyrazie twarzy mogłem sądzić, że nie przepada za papierosami, ale teraz już nie było odwrotu. Musiałem wypalić swojego do końca, inaczej Minseok mógłby to źle odebrać.

- Więc – szef wyrwał mnie z zamyślenia – W czym jesteś dobry?

Zamyśliłem się.

- Wskoczyłem do pociągu. Jestem dosyć zwinny i silny. - wywnioskowałem.

Tym razem to Minseok pogrążył się w zadumie, dzięki czemu mogłem w spokoju obserwować pięknego blondyna, który z opuszczoną głową ciągle stał w tym samym miejscu.

Już wtedy powinienem się zorientować, że coś było nie tak.

- Ostatecznie możesz pomagać w noszeniu skrzynek i rozkładaniu namiotów. – oznajmił, a ja ze spokojem spojrzałem z powrotem na niego.

Chyba zauważył, że przyglądam się blondynowi obok, bo pociągnął go do siebie i usadził na swoich kolanach.

Zaciągnąłem się papierosem.

- Mogę to zrobić. – odrzekłem beznamiętnie, przyglądając się teraz fajce, która powoli wypalała się w moich palcach.

- Ale nie dostaniesz za to ani grosza. – odrzekł z triumfalnym uśmiechem na twarzy.

Spojrzałem na niego kątem oka.

- Nie obchodzi mnie to. Wystarczy mi jedna paczka papierosów dziennie.

Minseok wybuchł śmiechem, przez co siedzący na jego kolanach blondyn zaczął się trząść razem z nim. Mimowolnie zgniotłem papierosa w ręku, tłumacząc się tym, że już się wypalił.

- Widzę, że lubisz stawiać warunki, Oh Sehunie.

Nie odpowiedziałem.

- W takim razie… - wstał, odsuwając blondyna na bok. – Umowa stoi. – uśmiechnął się władczo i podał mi swoją zniszczoną dłoń, którą niechętnie uścisnąłem. Posłałem złotowłosemu ostatnie ukradkowe spojrzenie, które tym razem pochwycił. Moje serce zabiło mocniej.

Wyszedłem.

Tao czekał tuż za drzwiami, a gdy tylko opuściłem to śmierdzące pomieszczenie, przyglądnął mi się badawczo.

- Udało się.

Chłopak zmarszczył brwi.

- Na pewno? Nie wyglądasz na zadowolonego.

- Jestem bardzo zadowolony.

- Nie wydaje mi się.

- Zawsze tak wyglądam. Przyzwyczajaj się. – przewróciłem oczami, na co jedynie się uśmiechnął.

- Więc chodź za mną, opowiem ci, czego nie powinieneś robić i komu nie powinieneś wchodzić w drogę, jeśli chcesz tu przetrwać.

Nie spodobał mi się ton jego głosu.


Wystarczyło mi kilka dni, a dokładnie trzy, by przekonać się na własnej skórze, dlaczego tak bardzo Tao przestrzegał mnie przed ciężarowcami.

Ciężka pięść wyładowała na mojej twarzy całą złość jej właściciela, pozostawiając po sobie mój grymas bólu i krwistoczerwoną ciecz. Opadłem bezwładnie na ścianę, a potem ześlizgnąłem się na podłogę, na której się skuliłem. Miałem ciemność przed oczami. Nie widziałem nawet, gdzie jest mój napastnik i czy w ogóle dał mi już spokój. Wiedziałem tylko, że gdzieś tam w kącie stoi Tao, który obserwuje to wszystko, trzęsąc się ze strachu.

Gdybym tylko nie pomylił swojego łóżka z łóżkiem tego kolesia, uniknąłbym tego wszystkiego. Boże, przecież to było zwykłe niedopatrzenie, a on zamiast zwrócić mi odwagę, od razu dał mi w mordę! Zastanawiałem się, czy wraz z wzrostem mięśni, kurczył mu się mózg.

Miałem już się podnosić, gdy czyiś ciężki but przygwoździł mnie z powrotem do zakrwawionej podłogi.

Tao pisnął, a ja zaśmiałem się z niego w duchu.

- Jeszcze raz wpakujesz się do mojego łóżka, a… a… - myślenie nie było mocną stroną ciężarowców, zdecydowanie.

Poczułem jak ciągnie mnie do góry za koszulkę, po czym przystawił do wyjścia z wagonu, ukazując rozmazaną przestrzeń poza granicami pociągu.

- A skończysz tam! – krzyknął widocznie zadowolony z siebie.

Zastanawiało mnie, ile jeszcze razy ktoś zagrozi mi wyrzuceniem z rozpędzonego pojazdu.

Po chwili wielki zapaśnik pozwolił mi na kolejne powitanie się z podłogą, po czym nareszcie postanowił zostawić mnie samego.

No, prawie samego.

- Nic ci nie jest?

Prychnąłem, wypluwając trochę krwi.

- Zajebiście, naprawdę! Właśnie dostałem wpierdol od 90 kilogramów czystej głupoty. – sarknąłem.

Tao zaśmiał się, pomagając mi wstać.

- Ostrzegałem cię.

- Zamknij się. To była jedynie pomyłka.

- Tu pomyłka grozi utratą życia, Sehun. – na jego twarz wkradł się smutny uśmiech.

- Przyzwyczaję się.



Przez ten czas nie spotkałem GO ani razu, jakby rozpłynął się w powietrzu. Możliwe, że ciągle był w gabinecie Minseoka, do którego nie zamierzałem się zbliżać, by nie narobić sobie kolejnych problemów. Ciągle jednak uparcie marzyłem, o ponownym spotkaniu.

Gdy pewnej nocy nie mogłem zasnąć, moje myśli skierowały się bezpowrotnie w stronę chwili, w której go pierwszy raz zobaczyłem. Moje wspomnienia już powoli zacierały wyraz jego twarzy i z każdym dniem coraz bardziej zapominałem, jak tak właściwie wyglądał. Wiedziałem tylko, że był piękny. I żeby zobaczyć to jego piękno jeszcze raz, pragnąłem najbardziej w świecie.


Któregoś tam czerwca zbudziły mnie wrzaski i krzyki, a także bardzo niekorzystny dla snu gwar. Leniwie uchyliłem powieki i dostrzegłem, że w wagonie oprócz mnie nie było nikogo innego. Kilka chwil potem zarejestrowałem, że pociąg się zatrzymał, a my znajdujemy się na jakiejś wielkiej polanie za jakimś miastem.

- W końcu jesteś, nie mogliśmy się ciebie dobudzić! – zaśmiał się bodajże hm… Kai?

- Tak coś czułem. – mruknąłem, przecierając zaspane oczy.

- Teraz, jak już wstałeś, bierz się do roboty. Musimy wyrobić się przed północą.

Odszedł, a ja zostałem sam w centrum całego tego harmideru i nie wiedziałem, co powinienem ze sobą zrobić. Rozglądnąłem się w poszukiwaniu jakiejś podpowiedzi, ale nie zobaczyłem niczego ani nikogo, oprócz n i e g o. Stał tam. Wachlował się dużym wachlarzem, chroniąc się przed żarem słonecznym w cieniu jakiegoś drzewa. Nawet nie zauważyłem, gdy zacząłem iść w jego stronę. Nie spuszczałem z niego wzroku. Oglądałem jak jego miodowe włosy dryfują w powiewie wachlarza, odsłaniając jego zarumienioną, lekko lśniącą od potu twarz. Był ubrany w jakieś skąpe spodenki i biały podkoszulek, odsłaniającą połowę jego nagiego, bladego torsu. Ciągle tak samo czarujący i piękny.

 Dzieliło nas już 60 metrów. Było to ciągle 60 metrów za dużo.

Spojrzał w moją stronę i na chwilę przestał się wachlować.

50 metrów, 40, teraz już 30.

- Sehun, chodź nam pomóc! – głos Jongina rozległ się znikąd.

Nosz kurwa.

Zatrzymałem się.

Spojrzałem niechętnie w stronę moich nowych kolegów, którzy zmagali się z namiotem, a później na niego, który był już zajęty niemrawą rozmową z Minseokiem.

Przekląłem cicho pod nosem po raz kolejny i poszedłem wspomóc resztę.


Była już prawie północ, a my mieliśmy jeszcze rozłożyć namioty dla atrakcji dla dzieci, restauracyjno-podobnego-coś i  klubu dla naszych „tancerek”. Minseok szedł po całości. Zapewnił swoim gościom wszystko, co potrzeba do szczęścia, szkoda, że nie zapewnił tego swoim pracownikom.

Przez cały mój pobyt w tym miejscu usłyszałem tylko same zażalenia na prezesa. Odwlekał z wypłatą, a nawet w ogóle nie płacił, by zatrzymać ich wszystkich przy sobie. W końcu bez pieniędzy nie uciekną.

I to był jedyny raz, gdy pomyślałem, że pieniądze mogą dać wolność, choć to w sumie też nie jest do końca prawda.


Czyściliśmy z Jonginem jakieś miecze, potrzebne do któregoś ze spektakli, gdy zadał mi to standardowe już pytanie, co tak właściwie robiłem w tym cyrku.

- Nie wiem. – ta sama standardowa odpowiedź.

Zaśmiał się.

- Ty to faktycznie jesteś dziwny.

Zignorowałem jego uwagę. W sumie to mnie nawet nie obchodziła, bo do niej przywykłem.

- Na początku byłem po prostu ciekawy.

- Ciekawy czego? – znowu się zaśmiał.

- Nie wiem, cyrk wydawał się całkiem interesujący. – zawahałem się. – Poza tym byłem głodny, miałem nadzieję, że macie coś do żarcia.

- Głupi jesteś. Teraz już nie ma stąd ucieczki, chyba zdajesz sobie z tego sprawę?

- Tak, tak. Tao wypomina mi to na każdym kroku.

- Lubisz cyrk? – zapytał znikąd. Prawdopodobnie uznał ciszę miedzy nami za niezręczną i szybko szukał jakiegoś tematu.

- Hmm… - zamyśliłem się poważnie. – Nie bawią mnie zwierzęta, wyuczone nienaturalnych zachowań. – odparłem beznamiętnie.

Spojrzałem na niego kątem oka. Uśmiechał się.

- Jesteś obrońcą praw zwierząt, czy coś? – zaśmiał się.

- Kiedyś nie, ale teraz… Nie wiem, może trochę. – odchrząknąłem. – Denerwuje mnie egoizm ludzi. Po prostu.

Chyba się zawstydziłem. Nigdy nie mówiłem za dużo.

- Zabawne. – przyznał, ale zachowywał powagę.

Rzuciłem mu pytające spojrzenie, które od razu pochwycił.

- Spotkałem już osobę bardzo podobną do ciebie. – wytłumaczył.  - To ten tam.

Gestem głowy wskazał na n i e g o. Na blondyna, który ostatnio podbił moje myśli. Mój wzrok utkwił właśnie na nim.

- Znasz go? – nie potrafiłem nie zapytać.

-  Luhana?

A więc tak miał na imię. Luhan. Już samo to imię brzmiało rozkosznie i wprowadzało mnie w uczucie uniesienia oraz paskudnej ekscytacji. Perfekcyjnie oddawało jego piękno i łagodność. Brzmiało jak ciche westchnienie, spokojne i subtelne.

Pokiwałem głową.

- Kiedyś tam… - uśmiechnął się, prawdopodobnie przywołując jakieś miłe wspomnienie. – Na samym początku się z nim kumplowałem. – mlasnął zdegustowany - Zanim Minseok go sobie nie przywłaszczył. – westchnął. – Teraz praktycznie z nikim nie rozmawia, a już szczególnie wtedy, gdy, no wiesz, on patrzy.

- Przywłaszczył sobie? – chyba zatrzymałem się na tej części jego wypowiedzi.

- Tak, Sehun, wiesz… - przerwał.

Bardzo się nad czymś zamyślił, bo w zabawny sposób zmarszczył brwi.

- Jakby to powiedzieć… - zaśmiał się nerwowo.

Czekałem.

- On… Luhan od początku mu się spodobał. To całkiem urodziwy facet… - mówił ostrożnie. – Wiesz, p r z y w ł a s z c z y ł  go sobie. Są na ten temat różne plotki, nie wiem zresztą. Zapytaj Tao.

- Dobrze wiesz, że Tao mi nic nie powie.

- Sehun, to nie jest takie proste. Nie chcę, żebyś zaczął się bać, czy coś, bo widzę, że na razie widzisz ten cyrk jak nowy, lepszy rozdział w swoim życiu. Nie chcę niszczyć tej wizji.

- Chcę widzieć wszystko takim jakie jest.

Westchnął zrezygnowany.

- Luhan jest jego własnością, wystarczy? – wypalił. – To nie są rzeczy, o których mówi się tak o. Ba! O takich rzeczach się w ogóle nie mówi. Luhan bardzo to przeżywa i prawdopodobnie nie chciałby, by ktoś o tym wspominał… ale w sumie jesteś tu nowy i powinieneś wiedzieć. – kłócił się sam ze sobą - Luhan jest… – przerwał, zastanawiając się nad czymś.

Mówił strasznie chaotycznie. Ledwo rozumiałem sens jego wypowiedzi.

- Luhan jest tak jakby dziwką Minseoka.

Coś się we mnie zagotowało. Chyba to była złość.

- I wszyscy przymykają na to oko? – parsknąłem z kpiną.

- Nie mamy wyboru. Dobrze o tym wiesz.

Ach, no tak. Minseok - albo pokojowo kogoś wygna, albo wyrzuci z rozpędzonego pociągu. Słyszałem już o tym.

- To chore.

- Tao cię ostrzegał. – zaśmiał się smutno.

Prychnąłem.

Luhan był WYKORZYSTYWANY i każdy miał to gdzieś. Wszyscy dbali tylko o własny tyłek. Nie mogłem tego wytrzymać.

- Jesteście… ugh.  – syknąłem, po czym rzuciłem na ziemię miecz, który polerowałem i ruszyłem w stronę blondyna.

Jongin szarpnął moim ramieniem i obrócił mnie w jego stronę. Był zły i przerażony jednocześnie.

- Sehun, nie bądź dzieckiem. Nie wolno. – mówił do mnie tak jak do jakiegoś bachora. Zirytowałem się jeszcze bardziej.

Wolno, czy nie wolno, nie obchodziło mnie to.

Wyrwałem się z jego uścisku i ruszyłem przed siebie. Kai jeszcze coś krzyczał za moimi plecami, ale nie zwracałem na niego uwagi.

W końcu głos Jongina ucichł, a ja zadowolony stanąłem przed zaskoczonym i osamotnionym Luhanem.

- Cześć.

Spoglądnął na mnie spod przydługawej, blond grzywki. I przysięgam, z bliska wyglądał jeszcze atrakcyjniej.

- Cześć. – odpowiedział półszeptem.

- Jesteś teraz zajęty? – zapytałem jak gdyby nigdy nic.

- Nie, ale nie powinieneś…

- Och, skończcie już wszyscy mówić, co powinienem robić, a czego nie. – przewróciłem oczami. – To moja decyzja.

Uśmiechnął się smutno.

- To niebezpieczne.

- Rozmowa z kolegą jest niebezpieczna? – rozbawił mnie. – Chcesz mnie zabić słownie lub coś?

Nie odpowiadał. Zaczął ignorować mnie i każde moje pytanie.

- Luhan. – wyszeptałem cicho.

Zadrżał.

- Odejdź ode mnie. – syknął nieuprzejmie, a po tamtym spokojnym i cichym Luhanie nie było nawet śladu.

Uśmiechnąłem się.

- A co jeśli tego nie zrobię? – uniosłem zadziornie brwi.

- A czemu miałbyś tego nie zrobić? – cisnął przez zęby.

- Nie wiem. – wzruszyłem ramionami. – Może pociągasz mnie tak bardzo, że nie mogę przestać o tobie myśleć?

W stosunku do Luhana zawsze byłem jakiś inny. Milszy, bardziej rozmówny i opiekuńczy.

- Nie żartuj sobie ze mnie, młody. – warknął. – Minseok ma tu swoich szpiegów i pewnie już wie, że ze mną rozmawiasz.

- A co Minseok ma do tego? – chciałem, żeby mi o tym powiedział. On sam.

Zachłysnął się powietrzem, po czym gniewnie na mnie spojrzał.

- Wal się na ryj.

Dziecinnie mnie odtrącał, bym nie miał przez niego problemów.

- Nie odpowiesz mi? – mruknąłem.

- Wal się na ryj, powiedziałem. – burknął pod nosem.

Był przeuroczy, a szczególnie teraz, gdy tak perfekcyjnie odgrywał swoją rolę. Ledwo powstrzymywałem się, by nie potargać jego włosów, kusząco opadających na jego białe czoło.

Mimowolnie się uśmiechnąłem.

- Luhan.

Rzucił mi pytające spojrzenie.

- Co? – burknął. – Idź już lepiej. – nie patrzył na mnie.

- Luhan. – powiedziałem bardziej stanowczo.

- Czego chcesz? – jego wzrok w końcu skrzyżował się z moim.

Jego oczy połyskiwały od światła gwiazd. Ugrzęzłem w nich.

- Luhan. – powiedziałem to tak ciepło, że na jego policzkach pojawiły się wypieki i nie wiem czy ze zdenerwowania czy może był zwyczajnie zawstydzony.

- Powiesz mi w końcu, o co ci chodzi? – zirytował się.

- Po prostu lubię twoje imię.

- Wali mnie to.

Zaśmiałem się, bo mimo tego co powiedział, dostrzegłem dziwny, radosny błysk w jego oku.

- I wkurzasz mnie. – dodał po chwili, odwracając głowę w bok. – Pójdziesz sobie w końcu?

- Naprawdę tego chcesz? – uśmiechnąłem się triumfalnie. Dobrze wiedziałem, że tego nie chciał. Potrzebował pomocy. Potrzebował mnie.

Spiorunował mnie wzrokiem.

- Tak, naprawdę tego chcę. – podkreślił. – I już więcej do mnie nie podchodź.

- Tego nie mogę obiecać.

- Niby czemu?

- Mówiłem już. Jesteś zbyt pociągający. – chciałem go komplementować, chciałem na niego patrzeć, chciałem go poznawać, ale postanowiłem dać mu na tę chwilę spokój.

- Nie żartuj sobie ze mnie. – szepnął za moimi plecami, lecz doskonale go usłyszałem.

Czułem na sobie jego wzrok. Słyszałem, jak w duchu błagał mnie, bym go nie opuszczał.


Od tamtej chwili widziałem, że chłopak uparcie mnie unika. Gdzie się pojawiałem, on nagle znikał. Szukał mnie w tłumie, by wiedzieć, jakie miejsca powinien omijać szerokim łukiem. Zauważyłem to. Nagle we wszystkich miejscach, gdzie zwykle bywałem, jego brakowało.

Nie było mi przykro.

Nie byłem zły.

Podobało mi się, że Luhan poświęcał mi tyle uwagi.

Ale cóż, niezaprzeczalnie pragnąłem więcej. Pragnąłem jego widoku, denerwowania go, oglądania gwiazd odbijających się w jego tęczówkach. Chciałem obserwować, jak dla mojego bezpieczeństwa stara się mnie odtrącać. Byłem dla niego ważny, choć nawet mnie nie znał. Polubiłem tę jego stronę, ale jednocześnie jej znienawidziłem, bo pragnąłem, by dał mi sobie pomóc.

Cały mój dobytek materialny, cały mój poprzedni świat, zastąpił tylko on. Luhan stał się moim nowym światem. To znaczy… w pewnym sensie. Po prostu kiedyś jedyne, czemu się poświęcałem to zarabianie pieniędzy, a przynajmniej nauka tego, jak to robić. Teraz jedyne co robiłem, to obserwowanie go i myślenie o nim.

I sam do końca nie wiedziałem dlaczego.



[3]


Bardzo chciałem go zobaczyć, chociaż z daleka. Chciałem tylko się upewnić, że jest, że nie zniknął. Niestety unikanie mnie szło mu tak perfekcyjnie, że już nawet nie wyczuwałem jego obecności. Jakby nigdy go nie było.

Bałem się, choć sam nie wiedziałem czego.

Że go stracę? Błagam! My się nawet nie znaliśmy. Po prostu… istniał i ja też. Chciałem tylko, żebyśmy istnieli razem.

Oparłem głowę o żelazną ścianę, obserwując jak papieros w mojej dłoni wolo się wypala.

- Palenie szkodzi zdrowiu! – krzyknął z dołu Lay, pomocnik Tao, czy coś takiego. Nie wiem, nie obchodziło mnie to. Obchodził mnie tylko Luhan.

Obdarzyłem go beznamiętnym wzrokiem.

- I co w związku z tym?

Widząc, że nie mam humoru, zostawił mnie w spokoju i chwała mu.

Nie tęskniłem za Luhanem. Po prostu bez niego mi się nudziło. On jako jedyny w tym popapranym cyrku nie był nudny – ale za to czarujący, intrygujący, inny. W całym tym skażonym świecie, tylko on odznaczał się swoją niewinnością i dobrem. Lubiłem to. Lubiłem go.

- Kryzys?

 Poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu, a następnie niejaki Huang Zitao usiadł obok mnie.

- Nie.

- Przecież widzę. Przez ten czas już zdążyłem rozszyfrować tę twoją jakże zróżnicowaną mimikę. – zaśmiał się.

Mruknąłem.

Letni wiatr leniwie rozwiewał moje włosy, a poranne słońce jeszcze leniwiej ogrzewało moją twarz. To był jeden z tych dni, w których nie ma się ochoty na nic. A myśląc o otwarciu cyrku dziś popołudniu, miałem ochotę wskoczyć pod rozpędzony pociąg.

Coś mi zaświtało.

- Tao, mam pytanie. – spojrzał na mnie pytająco. – Czy ten cały przydupas Minseoka występuje?

Brunet zamyślił się.

- Tak, a czemu pytasz?  - uniósł brwi. Chyba coś podejrzewał, w końcu bardzo rzadko okazywałem czymś zainteresowanie.

- Tylko zastanawiałem się, co tutaj robi.  – w sumie powiedziałem prawdę, tylko pozbawioną kilku szczegółów.

- Jest kaskaderem i akrobatą. – dodał po chwili. – Stanowi dumę tego cyrku.

Uśmiechnąłem się mimowolnie.

- Wiesz, Tao? Humor mi chyba właśnie wrócił.


Późny wieczór. Na granatowej pelerynie nieba zawisły pierwsze gwiazdy z księżycem na czele. Horyzont zabarwiony żółcią i czerwienią, z każdą sekundą zdawał się ciemnieć. Zapadała noc, a mimo to tutaj panował gwar i ciasnota. Tłumy ludzi przeciskały się do ogromnego namiotu, a ja z Tao i paroma innych znajomych, skradaliśmy się za kulisy wielkiej sceny. Podobno robili tak zawsze i było to w pełni bezpieczne. Uwierzyłem im i poszedłem za nimi. Tym bardziej, że zależało mi na tym jak nigdy.

Dla normalnych pracowników wstęp był zakazany. Jeśli chciało się zobaczyć spektakl, trzeba było zapłacić za bilet, a skoro nie mieliśmy pieniędzy, musieliśmy sobie jakoś poradzić. Wkurzyło mnie to. Minseok chciał się dorobić na wszystkim i wszystkich.


Przecisnęliśmy się przez małą, luźną szparę między materiałami namiotu, specjalnie zostawioną na tę okazję. Zaraz po wejściu, kilku treserów zwierząt zaprowadziło nas za kulisy. Tam przywitaliśmy się z artystami, życząc im powodzenia. To znaczy, Tao i reszta to zrobili. Ja ciągle przyglądałem się Luhanowi w obcisłym stroju i z mocnym makijażem. Udawał, że mnie nie widzi, ale tym razem nie puściłem mu tego płazem.

Podszedłem do niego.

- Powodzenia. – uśmiechnąłem się.

 Jako jedyny mu tego życzyłem. Reszta bała się do niego podejść.

- Dzięki. – wyszeptał, gładząc swoją bluzkę.

Widziałem jak przebijają się przez nie żebra. Zmarszczyłem brwi.

- Jesz coś w ogóle?

Przez ułamek sekundy widziałem jak jago mina rzednie, jednak po chwili opamiętał się i przybrał swoją kamienną maskę. Nie spodobała mi się ta reakcja. Coś musiało być na rzeczy, ale nie wgłębiałem się w to bardziej. Zostawiłem ten temat na później.

- Po co tu przyszedłeś? – wyminął.

- By oglądnąć twój występ. – zmierzyłem go wzrokiem. - Ładnie wyglądasz. – cholernie ładnie.

- Dzięki. – odpowiedział. – Znowu. – dodał, prawie szeptem. - Pójdziesz już? Chcę jeszcze… no wiesz. Poprawić się. – zaczął wymachiwać sobie dłonią przed twarzą.

Zdziwił mnie jego nagły miły ton głosu. Usatysfakcjonowany uśmiechnąłem się, pomachałem mu i poszedłem w stronę Tao i jego paczki, która skryła się za ogromną szafą, gdzie była dziura z widokiem na scenę.

- Tylko Sehun, ćsii… - Tao przyłożył sobie palec do ust. – Jeśli nas tu nakryją, to po nas.

Pokiwałem od niechcenia głową.

Wiedziałem to, już zdążyłem się przyzwyczaić do tutejszych zasad.

Westchnąłem. Zbyt szybko dałem się pozbyć Luhanowi. Po tak długiej rozłące, powinienem dać moim oczom nadrobić zaległości w oglądaniu go, choć wolałem go naturalnego niż obklejonego brokatem i tonącego w makijażu. Mimo to, nadal był piękny, bo to w końcu Luhan.

A „Luhan” jest równoznaczne z pięknem.

Światła zgasły, a na mały oświetlony podest wyszedł Minseok ze swoim złotym mikrofonem. Gadał jakieś pierdoły i cyrkowe przemowy, które miałem ochotę wyciąć i ogólnie cały występ przesunąć do występu Luhana, którego zostawiono na sam koniec.

Nudziłem się. Podczas gdy moi towarzysze niemal nie posiadali się z ekscytacji, ja beznamiętnie przyglądałem się nieśmiesznym clownom, idiotycznej „walce” z lwami i jakże komicznym słoniom i fokom z piłkami. Ludzie klaskali w dłonie, śmiali się, a ja zastanawiałem się z czego?

No i nareszcie upragniony moment. Tym razem przecisnąłem się  przed Tao, aby lepiej widzieć scenę. Chyba znowu zaczął coś podejrzewać, ale miałem to gdzieś.

Światła były zgaszone, Minseok już odbębnił swoją formułkę, a po linie zawieszonej 10 metrów nad ziemią zwinnie przymykał Luhan, tańcząc, wyginając swoje ciało tak, że wszystko zaczęło mnie boleć. Reflektory były skierowane tylko na niego, lśnił i to nie była zasługa brokatu. Imitował upadki, a potem z powrotem lądował na linie z gracją i subtelnością. Za każdym razem wstrzymywałem oddech. Zawisał na obręczach, przeskakiwał na następne, manipulował naszym strachem. Był niesamowity.

Występ zakończył się ogromnym odzewem publiczności. Ludzie wiwatowali, wstali z miejsc, byli pod rażeniem, choć pewnie nie tak bardzo jak ja.

Nie chciałem, by to się kończyło. Pragnąłem oglądać go dłużej, nieustannie, bez przerwy.

Minseok pożegnał gości, artyści wyszli się ukłonić i zebrać oklaski, a my z Tao i jego grupką umknęliśmy zza kulis, zanim wrócili. Jak gdyby nigdy nic. Jakbym przed chwilą nie umierał z ekscytacji i podziwu, jakby Luhan kilka minut temu po raz kolejny mnie nie oczarował.

Byłem zdezorientowany, jakby to, co widziałem, było jedynie snem.


Aby uczcić pierwszy, udany występ balowaliśmy do późna w nocy. Przy ognisku, przy alkoholu, gwiazdach, tańcach i papierosach. Nigdy nie kręciły mnie tego typu zabawy, ale gdy usłyszałem, że Luhan miał się tam zjawić, nie potrafiłem się oprzeć. M u s i a ł e m przyjść.

Oczywiście chłopak nie odstępował od Minseoka. Nie wyglądał na zadowolonego, ale gdy alkohol rozlał się w jego krwi, rozluźnił się.

Jak zwykle jego oczy lśniły niepowtarzalnym blaskiem, jaśniejszym niż wszystkie gwiazdy. Jego rozczochrane blond włosy sterczały w każdą możliwą stronę, ale i tak wyglądał przecudownie. Na jego bladych policzkach zagościły dwa krwistoczerwone rumieńce, a w ręce trzymał schłodzone piwo. Odchylił głowę do tyłu pozwalając zimnemu wiatru pochlastać jego nagą szyję. Miał na sobie bokserki i za wielką białą koszulę, sięgającą mu po kolana.

Albo wyglądał piękniej niż zwykle albo procenty w mojej krwi zrobiły swoje.

Wszyscy wspaniale się bawili, bujali się w rytm muzyki, grali w jakieś durne gry, a ja siedziałem i na przemian paląc i pijąc, oglądałem jak Luhan sięga po kolejną butelkę piwa. Nie odrywałem od niego wzroku, nie potrafiłem.

Księżyc zawisł wysoko na niebie, oblewając świat najdroższym srebrem. Jego blask przebijał się przez blond kosmyki włosów Luhana i o boże, chyba zaparło mi dech w piersiach.

On również mi się przyglądał. Dosłownie gapił się na mnie, mając w dupie Minseoka i resztę otoczenia. Zgubiłem się w jego oczach, pośród oślepiającego blasku i pożądania, które również się w nich wyrzeźbiło. Cholera, on mnie pragnął.

I ja go zresztą też.

Byliśmy pijani, nietrzeźwi, podniecające stawało się dla nas wszystko, co się poruszało. Nie myśleliśmy, po prostu działaliśmy, żyjąc chwilą i mówiąc szczerze, pokochałem to uczucie. Nasi towarzysze padali jeden po drugim, nawet Minseok usnął gdzieś pod stołem na mokrej trawie.

Zostałem tylko ja i on.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie i sącząc piwo patrzyliśmy się na siebie, choć może raczej pożeraliśmy się wzrokiem. Mijały minuty, z każdą kolejną Luhan stawał się jeszcze piękniejszy i czarujący. Ja ledwo panowałem nad swoim ciałem.

Zagryzł wargę.

O cholera.

Wziąłem głęboki wdech, przyglądając się jego zadziornemu uśmiechowi. Kusił mnie. Tak, on mnie. Nie poznawałem go, choć w sumie taka wersja Luhana również mi się podobała.

Kiedy odgarnął swoje włosy z czoła, nie potrafiłem się powstrzymać i z głośnym hukiem uderzyłem butelką piwa o blat stołu.

Wyszczerzył się triumfalnie.

Wstałem i siląc się na spokój, podszedłem do niego. W rzeczywistości chciałem się na niego rzucić i w sumie nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem. Luhan też mnie pragnął, widziałem to w jego oczach.

Nachyliłem się nad nim i spojrzałem na jego pewną twarz.

- Czy możesz przestać mnie prowokować? – szepnąłem mu do ucha, przez jego ciało przeszły dreszcze. Odchyliłem się od niego i usiadłem na stole, odchylając głowę, by spojrzeć na bezchmurne niebo.

- Piękna noc. – uśmiechnąłem się, wiedząc go rozdygotanego.

Westchnął.

- Sehun. – powiedział poważnie. – Czy możesz przestać bezsensownie gadać? Pieprzymy się czy nie?

Spojrzał na mnie, a ja na niego. Wpatrywaliśmy się tak przez chwilę, po czym Luhan musnął dłonią mój policzek, uchwyciłem ją i położyłem na mojej talii. Spojrzałem na niego jeszcze raz, na jego twarzy nareszcie zawidniało zadowolenie. Uśmiechnąłem się zwycięsko, po czym bez wahania pocałowałem go bardzo agresywnie i namiętnie. Zaplótł swoje palce w moje włosy i przyciągnął do siebie tak, że nie dzieliła nas żadna odległość. Czułem jego pot i perfumy, pokochałem ten zapach. Byłem pewien, że zapamiętam go na bardzo długo.

Podciągnąłem go na swoje kolana, posłusznie usiadł na mnie okrakiem, badając dłońmi każdy skrawek moich pleców.

- Sehun. – jęknął, gdy zagryzłem jego wargę. Boże, jakie to było podniecające. Od razu ściągnąłem jego koszulkę i niemal natychmiastowo zaatakowałem ustami jego tors. Dyszał, ocierając swoim kroczem o moje.

- Jesteś bardzo niecierpliwy, Lu.

- A ty cholernie gorący, Hunnie.

Ta noc była bardzo pamiętliwa, kochałem wracać do niej. Uwielbiałem rozpamiętywać zarumienionego Luhana proszącego o więcej oraz Luhana wijącego się pode mną z rozkoszy. Miło wspominałem jego słodkie, malinowe usta i drobne, chude palce świdrujące moje ciało.

Kochałem tę noc i nie chciałem o niej zapomnieć, jak on to zrobił.

Nigdy mu o niej nie wspominałem, nie usiłowałem przypomnieć. Nie miałem potrzeby. Luhan też jej nie miał. Gdyby chciał ją pamiętać, to chyba by to zrobił, prawda?

Dlatego zachowałem naszą wspólną noc dla siebie, była moją słodką tajemnicą.



Występy cyrkowe miały trwać w tym mieście przez tydzień, dzień w dzień, dokładnie o tej samej godzinie. Wiedziałem, że to będzie monotonne i bardzo męczące, ale pocieszałem się tym, że każdego wieczora, będę mógł oglądać Luhana bez żadnych przeszkód. No, tak jakby.

W każdym razie, po tym występie i nocy nie mogłem usnąć, nawet jeśli miałem więcej alkoholu we krwi niż w rzeczywistości powinienem posiadać. Jego widok wijącego się na linie skutecznie spędzał mi sen z powiek. Nie potrafiłem odpędzić od siebie obrazu, na którym Luhan wtulał się w mój tors. Już nie pamiętam, która dochodziła godzina, ale wiem, że już świtało. Wszyscy jeszcze trwali w objęciach samego Morfeusza, gdy ja wykradłem się z wagonu, by zaczerpnąć świeżego powietrza.

Przeciągnąłem się leniwie i przetarłem zmęczone oczy. Poranny, świeży wietrzyk już na dobre zwiał wyczerpanie z mojej twarzy, pozostawiając jedynie pozostałości po nieprzespanej nocy i widok Luhana, który chyba już na dobre zaprzątnął moje myśli.

On zdecydowanie źle na mnie wpływał.

Ruszyłem na przechadzkę dookoła pociągu i samego cyrku. Towarzyszył mi akompaniament przeróżnych ptaków i obraz blondyna. Ciągle był ze mną, nie oddalał się na krok. W pewnym momencie nawet zdawało mi się, że miałem halucynacje, bo albo Luhan faktycznie wyszedł z jednej z przyczep albo ja zwariowałem i mi się przewidziało.

Wziąłem głęboki wdech i schowałem się za jednym z wagonów. Przywarłem plecami do lodowatego metalu i dopiero wtedy zorientowałem się, jak bardzo jest mi zimno.

Drżałem.

Ale nie obchodziło mnie to. Ważniejszy był Luhan.

Wyjrzałem lekko w tamtą stronę, ale nikogo już tam nie było. Nawet, gdy podszedłem bliżej, nie mogłem go dostrzec.

Zniknął.



Późny wieczór. Niebo pod osłoną ciemnych, purpurowych chmur  leniwie podążających za zachodzącym słońcem, nadało światu ponurych odcieni.

- Nie wierzę, że znowu chcesz iść na ten sam występ.

Tao udawał zaskoczonego.

- Rzadko coś cię interesuje, a tu nagle… - uniósł podejrzliwie brwi, mierząc mnie wzrokiem.

Nie powiedział ani słowa więcej. Dobrze wiedziałem, co sugerował.

Tak jak poprzedniego dnia wkradliśmy się tym samym ukrytym przejściem. Przez nasze lekkie opóźnienie prawie wpadliśmy na Minseoka, ale ogólnie akcja przebiegła pomyślnie.

Zostało 20 minut do występu. Za kulisami tętniło życiem. Wszyscy rozmawiali, śmiali się, żartowali, w ogóle nie zwracali uwagi na Luhana, który widocznie zażenowany  uparcie udawał, że poprawia makijaż przy swojej toaletce. Sęk w tym, że siedział tam już jakąś godzinę, bezsensownie wpatrując się w siebie w lustrze.

Stanąłem za nim, a on spojrzał na moje odbicie. Wzdrygnął się. Po chwili przymknął oczy, biorąc głęboki wdech.

Byłem zadowolony z takiej reakcji. Cieszyłem się, że wzbudzam w nim tak skrajne emocje.

- Nie rozumiem. – westchnął. – Ile razy muszę cię jeszcze odtrącać, byś dał sobie spokój i po prostu mnie zostawił?

- Nie zostawię cię.

- Ohoho! – zbulwersował się, obracając na krześle w moją stronę. – Cóż za odważne słowa, chłopczyku! – bawiła mnie jego gra aktorska, to jak na siłę robił z siebie „macho”.

- Chłopczyku? – zaśmiałem się. – Luhan, nie musisz udawać silnego, gdy taki nie jesteś. Gdy nikt taki naprawdę nie jest. Wszyscy udają. Nie bądź wszystkimi. Bądź sobą.

Bo to właśnie t y jesteś tak bardzo intrygujący.

Zamilkł, wpatrując się we mnie. Był tak nieprzyzwoicie piękny, że znowu nadeszła mnie ochota rozczochrania jego włosów.

Albo nawet rzucenia się na niego.

Powstrzymałem się.

- Pięć minut! Przygotujcie się! – ktoś tam gdzieś krzyknął, przez co Luhan w końcu odwrócił wzrok i obracając się do toaletki, kazał mi iść.

Dziwne, bo bez żadnych protestów posłuchałem go.

Gdy wróciłem do naszej skrytki, Tao przyjrzał mi się z zainteresowaniem, ale jak zwykle nie poruszał tematu, choć doskonale widziałem, że chciał o tym porozmawiać.

Rozpoczął się kolejny niesamowity spektakl. To znaczy, ogólnie był nudny, ale Luhan nadrabiał wszystko.


To była kolejna noc, w której prawie nie zmrużyłem oka. Byłem kompletnie wykończony. Zastanawiałem się, czy nie będzie dla mnie lepiej, gdy nie będę zadawał się z tym rozwydrzonym Luhanem, który jest przyczyną mojej bezsenności, ale później odrzuciłem od siebie tę głupią myśl.

Tego ranka również, prawdopodobnie z ciekawości wyszedłem na zewnątrz, podczas gdy reszta jeszcze smacznie spała. Od razu po wyjściu z wagonu powitały mnie ciepłe promienie słoneczne, które zaopiekowały się moją zmarzniętą twarzą. Rześki, letni wiatr otulił moje ciało i poniósł w stronę przyczepy, z której poprzedniego dnia wyszedł Luhan. Przykucnąłem za jednym z wagonów i ciągle spoglądałem w tamtą stronę.

I nie wiem jak to możliwe, ale faktycznie - on tam był. Jak gdyby nic wyszedł stamtąd i ruszył w głąb lasu, który okalał nasz cyrk. Bez zastanowienia pobiegłem za nim. Utrzymywałem bezpieczną odległość tak, abym go nie zgubił i tak, by nie wyczuł mojej obecności . W krótkich spodenkach i prześwitującej, białej koszulce przedzierał się przez gąszcz, co chwilę poprawiając torbę, która uporczywie spadała mu z ramienia. Wpatrywałem się w jego prawie nagie plecy, w jego rozczochrane, nieogarnięte włosy, w których znajdowało się parę listków i w podrapane nogi z odrażającą kolekcją siniaków. Swoją drogą - nie dawały mi one spokoju, wcześniej ich nie posiadał. Mimo to wyglądał tak ślicznie, że nie spuszczałem z niego wzroku. W sumie nawet nie mogłem tego zrobić, by go nie zgubić, ale mniejsza. Nadal wyglądał ślicznie.

Zatrzymał się dopiero, gdy dotarł na jakąś polanę.

Na prawo od nas znajdował się wodospad spływający z ogromnej ściany czarnego kamienia. Zanurzał się w jakimś jeziorku, z którego uchodził jakiś spory strumień. Mur z wysokich, liściastych drzew chronił to miejsce przed nieproszonymi gośćmi, przez co wydawało się jeszcze bardziej magiczne niż w rzeczywistości było.

Przez chwilę byłem zbyt zauroczony tym widokiem, by zauważyć, jak Luhan wchodzi do wody i rozkoszuje się gorącym porankiem. Obserwowałem jak jego kruche, nagie ciało skąpane w łunach porannego światła, zagłębia się w krystalicznie czystej wodzie. Przyglądałem się każdej lśniącej kropli spływającej po jego bladej, posiniaczonej skórze, którą miałem zaszczyt skosztować. Słuchałem jego śpiewu w duecie z tutejszymi słowikami do akompaniamentu szumiących drzew i świstu wiatru. Wsłuchiwałem się w jego wesoły śmiech i ciche rozmowy z rybami, które tamtędy przepływały.

Widziałem to wszystko, słyszałem to wszystko i pragnąłem tego wszystkiego.

Chyba pragnąłem Luhana. I to nie tak jednorazowo, jak do tej pory myślałam. Chyba pragnąłem go tak na wieczność. Nie wiem. Znaczy się… Nie mam pojęcia.

Nie wiem co mnie tknęło, ale ośmieliłem się do niego podejść. Możliwe, że zaczął działać już na mnie jak magnes.

Zobaczył mnie z daleka i wyglądał najpierw na kompletnie zaskoczonego, a później na lekko złego.

- Co ty tutaj robisz? Prześladujesz mnie? Jesteś stalkerem? – burknął pod nosem, pakując swój ręcznik do torby, po czym zesztywniał.

- Widziałeś jak ja… - spojrzał na mnie zawstydzony. Jego policzki płonęły w szkarłatnych rumieńcach.

Odwrócił głowę.

Poczułem się lekko zażenowany. Cóż, w końcu wyszedłem na zboczeńca i podglądacza.

- Tak wyszło… jakoś.

Podrapałem się po głowie, a on uderzył mnie ręcznikiem.

- Nie wiem, co jest gorsze. To, że mnie śledzisz, czy to, że widziałeś mnie nago.

Nie pierwszy raz widzę cię nago, skarbie.


- Nie tylko ja cię tak widziałem, daj spokój.

Chłopak wyglądał na urażonego, a jego oczy zaszkliły się.

Dlaczego ja to, cholera jasna, powiedziałem?

Przełknął ślinę.

- Gówno wiesz. – syknął, wymijając mnie.

Było mi koszmarnie głupio. Nie dość, że w jego oczach byłem paskudnym dewiantem, to jeszcze uderzyłem w jego czuły punkt. Nie odpowiedziałem, bo zwyczajnie nie wiedziałem, co powinienem mu w tej chwili powiedzieć. Po prostu za nim poszedłem.

- Nawet mnie nie przeprosisz? – prychnął cicho.

- Myślę, że zwykłe „przepraszam” nie obejmuje całej przykrości, jaką ci sprawiłem.

- Więc co zamierzasz zrobić? – spojrzał na mnie z ukosa.

- Być przy tobie.

- I co mi po tym? – zakpił. – Jesteś głupi, jeśli myślisz, że jest mi to potrzebne.

Milczeliśmy przez krótką chwilę.

- Ale dzięki. – odchrząknął.


[4]


Luhan był osobą powstałą ze starych blizn i nowych, ciągle krwawiących ran, które nie chciały się zagoić. Każdego ranka, kiedy się z nim spotykałem przekonywałem się o tym na własnej skórze. Przyzwyczaił się do odpychania ludzi i tworzenia niewidzialnej bariery między nim a resztą. Nauczył się żyć w samotności, dlatego ja musiałem na nowo uczyć go tego, jak funkcjonować w towarzystwie.

Chętnie dzielił się swoimi przemyśleniami, za to o swoich relacjach z Minseokiem nie wspominał praktycznie nigdy. Nie tłumaczył, skąd brały się te rozmaite siniaki na jego pięknym ciele, czemu tak często niespodziewanie wybuchał płaczem… Nie mówił nic.


Siedzieliśmy na wielkim wzgórzu z widokiem na miasto i śpiący jeszcze cyrk.

- Tak właściwie to jak znalazłeś te wszystkie miejsca?

Nie sądziłem, że mogłem kiedykolwiek zadać tak bezsensowne pytanie, ale chciałem z nim rozmawiać, aby znowu usłyszeć jego głos.

- Mieszkałem tu, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Lubiłem spacerować i w ogóle. – bawił się swoimi pomarszczonymi od wody dłońmi.

Cisza.

Obserwowaliśmy jak słońce wschodziło, rozlewając na chmury ogniste promienie. Niebo płonęło tak jak oczy Luhana. Przez te kilka dni zdążyłem zauważyć, że kocha wschody słońca i obcowanie z naturą.

- Jesteś piękny. – wymsknęło mi się.

I nie wiem czy to tylko te promienie słoneczne, czy faktycznie się zarumienił.

- Nie żartuj sobie ze mnie.

- Nie żartuję.

Opuścił głowę.

Dobrze wiedziałem, co miał na myśli. Był potwornie nieufny i we wszystkich komplementach widział drugie dno. Wydawało mu się, że ludzie naśmiewają się z niego jako własności Minseoka, że wszyscy z niego żartują.

- Mówię to kompletnie poważnie. Jeszcze nigdy nie widziałem kogoś tak czarującego.

Odwrócił się w moją stronę i spojrzał wprost w moje oczy. Myślałem, że oszaleję. Jak można być tak idealnym? Jego jeszcze mokre włosy lśniły w jasnych promieniach, zwykle blade policzki zaróżowiły się, a usta miał lekko rozchylone, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł.

Nie powstrzymywałem się i chwyciłem w dłoń kosmyk jego blond włosów. Wzdrygnął się i oddalił.

- Czy możesz przestać?

- Nie rozumiem.

- Sehun, nie możesz nawet na mnie patrzeć, a co dopiero rozmawiać! I jeszcze teraz ty… - zamilkł i opuścił głowę. – Gdyby ktoś to zobaczył, skończyłbyś jako karma dla lwów.

- Oj nie przesadzaj, co najwyżej wyrzucą mnie z pociągu.

- Sehun!

Mimowolnie się uśmiechnąłem.

- Nic mi nie będzie. – uspokajałem go.

- Po co ci to wszystko?

Zastanowiłem się nad odpowiedzią.

No właśnie, po co mi to wszystko? Po co tak bardzo się narażam i po co tak egoistycznie narażam też jego? Po co wtedy do niego zagadałem, po co za nim poszedłem, po co się z nim kochałem, po co tak usiłowałem pogłębić tę znajomość?

Odpowiedź była prosta.

- Bo jesteś Luhanem.

Uniósł brwi.

- A ja lubię Luhana.

- Sehun. – upomniał mnie. – Ty się nie możesz we mnie…

- Nie przesadzaj, myszko. Powiedziałem tylko, że cię lubię. Nie wyobrażaj sobie za wiele.

- Więc obiecaj mi, że JEŚLI JUŻ OSTATECZNIE MUSZISZ ZE MNĄ PRZEBYWAĆ, to nie narażaj się zbytnio.

Wyciągnął małego palca, a ja popatrzyłem na niego z politowaniem.

- Serio? – spojrzałem na niego spod byka, a ten w odpowiedzi zaczął wymachiwać mi swoim palcem przed twarzą.

Westchnąłem i splatając nasze małe palce, zapieczętowałem obietnicę. Uśmiechnął się i odwrócił się z powrotem w stronę wschodu.

- A i jeszcze jedno. – dodał z powagą. – Sehun, musisz mi jeszcze obiecać, że się we mnie nie zakochasz.


Upalny dzień. Słoneczny żar spływał z nas z domieszką potu. Na niebie nie było ani jednej chmury, jedynie słońce, które grzało niemiłosiernie. Przez chwilę je nawet znienawidziłem, ale tylko przez chwilę.

Wszyscy tego dnia odpoczywali w wagonach, pozostawiając całą pracę na później. Leżeliśmy w swoich łózkach ciężko sapiąc i wachlując się dłońmi. Mimo to, ciągle panowała wrzawa i wszyscy chętnie rozmawiali i plotkowali.

Z reguły nie zwracałem na to uwagi, ale tym razem coś przykuło moją uwagę, a tym czymś było imię „Luhan”.

- Podobno znowu postawił się Minseokowi.

- Znowu? Kiedy sobie w końcu odpuści? To nic nie da, tylko jeszcze boleśniej mu się obrywa.

- A propos, słyszycie to? – wszyscy umilkli.

Zapanowała cisza, przerywana tylko niewyraźnymi krzykami.

- Biedaczek. – sapnął któryś z nich.

- Nosz ja pierdolę. – syknąłem pod nosem, a oni z zaciekawieniem spojrzeli w moją stronę. – Jak długo zamierzacie to tolerować? – zeskoczyłem z łóżka i zbulwersowany przebiegłem przez cały pociąg aż do pierwszego wagonu. Z każdym krokiem krzyk Luhana stawał się coraz to wyraźniejszy, a ja aż płonąłem od złości.

Spojrzałem na drzwi, za którymi blondyn był właśnie, delikatnie mówiąc, gwałcony. Chciałem zapukać, wejść, przerwać i uratować tym samym Luhana, ale po chwili uświadomiłem sobie, że nie jestem żadnym bohaterem, tylko potwornym tchórzem.

Nie miałem odwagi, by wejść do środka, ale tłumaczyłem się obietnicą złożoną zaledwie kilka godzin temu.

Jednakże to była tylko wymówka.

Po prostu stałem przed tymi cholernymi drzwiami i słuchałem wszystkich bolesnych wrzasków blondyna. Byłem taki jak reszta. Nie różniłem się niczym, byłem nikim. Bałem się i po prostu przyglądałem się wszystkiemu z daleka.

- Przepraszam. – wyszeptałem, gdy krzyki ucichły, jakby to w czymkolwiek mogło pomóc. Jakby to mogło załagodzić jego ból.

Ale nie oszukujmy się - nie mogło. To tylko słowo. Ono nie ma żadnej mocy, nie to co pięść.

Obróciłem się na pięcie i wyszedłem z pociągu, kierując się w stronę wzgórza, na którym siedziałem z Luhanem tego ranka. W głowie dudniło mi od jego rozpaczliwego wołania o pomoc, a jego żałosny wrzask przeszywał mnie na wskroś.

Wiedziałem, że po tym nie będę mógł mu spojrzeć w oczy.

Mówiłem mu, że zawsze przy nim będę, że go nie zostawię, a zostawiłem. Miałem go chronić, a nie zrobiłem nic w tym kierunku. Byłem bezużyteczny.

Skuliłem się, chowając głowę między kolanami. Chciało mi się płakać i nie wiem, czy z żalu do Luhana, czy z żalu do siebie. Chyba z żalu do nas obojga. Potwornie bardzo pragnąłem wtedy uciec, by już więcej go nie widzieć, ale nie potrafiłbym. Chyba umarłbym z hm… z tęsknoty.

I tak, dobrze wiem jak żałośnie to brzmi.

Nie pamiętam, ile tak tam siedziałem i jak długo karciłem się za tchórzostwo i hipokryzje, ale w końcu stałem się senny.

W pewnym momencie poczułem się obserwowany, aż nareszcie usłyszałem za sobą cichy, łamiący się głos:

- S-S-Sehun? – modliłem się, by to było tylko moja wyobraźnia.

Spojrzałem przez ramię i na moje nieszczęście Luhan stał za mną, opuchnięty od łez, z nową wystawą siniaków i białą, bliżej niezidentyfikowaną substancją cieknącą po jego nodze.

Wyglądał paskudnie, jak nie on, więc dlaczego mimo wszystko moje serce przyspieszyło na jego widok?

Wpatrywaliśmy się w siebie przez dobrą chwilę, aż w końcu Luhan pękł i wybuchł płaczem, a ja dobitnie przypominając sobie, że to przeze mnie był w takim stanie, przygarnąłem go do siebie i poprowadziłem w dół do jeziorka z wodospadem, gdzie dokładnie go obmyłem i sprowadzałem do względnego porządku. Nie przestawał płakać, ciągle krztusił się własnymi łzami, a ja ledwo powstrzymywałem swoje.

Cholera.

Ledwo chodził. Z każdym krokiem jęczał z bólu, a ja zastanawiałem się, jak wystąpi dziś wieczorem, skoro jest w tak złym stanie. W końcu nie mogłem już patrzeć jak kuleje i wziąłem go na ręce.

- Dziękuję. – wyszeptał w mój tors, a ja poczułem, że robi mi się słabo.

- Nie, Luhan. Nie dziękuj, proszę cię. – przez moje myśli przedarły się jego krzyki.

- Jako jedyny ośmieliłeś się mi pomóc.

- Nie, Luhan, jestem cholernym tchórzem.

Posadziłem go na trawie, a on spojrzał na mnie z zainteresowaniem.

- Czy ty… słyszałeś? – wymamrotał cicho, a ja pokiwałem niechętnie głową.

Haniebne.

Opuścił głowę.

- Nic nie szkodzi. Dobrze, że nic nie zrobiłeś, obiecałeś, że nie będziesz się narażał. – więc dlaczego miałem wrażenie, że kłamał?

- Liczyłeś, że cię uratuję. Czekałeś na mnie.

- Nie. Gdybyś mnie wtedy uratował, prawdopodobnie nie rozmawialibyśmy teraz. – uchwycił moją dłoń. Zaskoczył mnie tym czułym gestem. – I nie rozmawialibyśmy też jutro i pojutrze.

Jutro i pojutrze… Mimo to, nie potrafiłem się nawet uśmiechać, bo patrząc na niego, ciągle słyszałem te cholerne krzyki. Poczucie winy agresywnie rozszarpywało moje wnętrze za każdym razem, gdy spojrzałem w jego załzawione oczy.

- Luhan, Lu, przepraszam. – opuściłem głowę. – Zawiodłem.

- Nie, to ja zawiodłem. – opadł na trawę i spojrzał na niebo. – Nie jestem w stanie oddać ci nawet połowy tego, co ty mi dałeś.

- Lu…

- Jesteś najlepszy Sehun. Dzięki tobie poczułem, że jestem choć troszkę ważny, dziękuję.

Zacisnąłem wargi w wąską linię i tak jak on położyłem się na trawie. Przez chwilę się nie odzywałem, nie dowierzając, że takie słowa potrafiły przejść mu przez gardło. Gdy uświadomiłem sobie realność tej chwili, zacząłem się śmiać. Zdezorientowany Luhan odwrócił głowę w moją stronę i rzucił mi złowrogie spojrzenie.

- Naśmiewasz się ze mnie? – zmarszczył brwi.

- Nie, po prostu… cieszę się, że w końcu otworzyłeś się przede mną.

Zarumienił się, ale nic nie odpowiedział. Znowu spojrzał na bezchmurne niebo o złotawej poświacie i uśmiechnął się. Wiem to, bo nie potrafiłem oderwać od niego wzroku. Przymknął powieki, ciągle się wyszczerzając.

- Zmieniłeś mnie, chyba. – powiedział w końcu. – Albo po prostu przy tobie czuję się swobodnie.

Moje serce prawie wyskoczyło z klatki piersiowej. I nie tylko ze względu na jego słowa, ale także dlatego, że dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak blisko siebie jesteśmy. Nie wiem, co mnie znowu podkusiło, ale po raz kolejny spróbowałem pogłaskać jego złote włosy. Tym razem mnie nie odtrącił, a nawet przylgnął do mojej dłoni swoim gorącym od rumieńców policzkiem. Spojrzałem na jego śliczną, dziewczęcą buźkę i wbrew naszym zasadom złożyłem delikatny pocałunek na jego rozgorączkowanym czole.

Ta chwila mogłaby trwać w nieskończoność.


- Gdzie byłeś? – Tao skrzyżował ręce na klatce piersiowej i spojrzał na mnie spod byka.

- To bardzo, ale to bardzo nie twój interes.

- Sehun, proszę. Wszyscy się o ciebie martwimy. Ciągle gdzieś znikasz i jeszcze… - zacisnął usta. – I jeszcze się z NIM zadajesz. Ty chyba naprawdę szukasz śmierci!

- Z  n i m? – prychnąłem. – Boisz się nawet wymówić jego imienia?

Moja kpina wyżarła jego pewność siebie.

- Po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało! Nie możesz siedzieć spokojnie na dupie i nie pakować się w kłopoty?

- Nie mogę.

- Sehun! – krzyknął.

- Nie mieszaj się w to. Z tego co pamiętam, nigdy nie wtrącałem się w twoje sprawy i oczekuję od ciebie tego samego. – moja cierpliwość się kończyła.

Nie rób tego, nie rób siamtego. Ugh.

- A powinieneś. – syknął.

- Co?

- Przyjaciele właśnie to robią. Wtrącają się. – cisnął przez zęby.

Jakie to irytujące. Był zły tylko dlatego, że spotykałem się z Luhanem. Więc co? Miałem być jak oni i odizolować go od reszty grupy? Żeby cierpiał w samotności? Rzygać mi się chciało na samą myśl o zostawieniu go samego. Nie potrafiłem mu tego zrobić, nawet nie chciałem.

Zacisnąłem zęby.

- To ja już chyba nie chcę mieć przyjaciół. – warknąłem i odwróciłem się od niego.

- Sehun, stój. – rozkazał mi. – Proszę. – zatrzymałem się i spojrzałem na niego z ukosa.

- Czego jeszcze chcesz?

- Zakochałeś się w nim. – głos mu się załamywał. Ledwo powstrzymywał się od płaczu.

- Nawet jeśli, to co? – prychnąłem wściekle.

- Nie możesz. Spotykaj się z nim, ale proszę, nie zakochuj się. – przez jego zaczerwieniony od złości policzek, przebiegła drobna łza.

- Niby dlaczego miałbym cię słuchać? – ta sytuacja stawała się coraz bardziej denerwująca.

- Bo jestem twoim przyjacielem. – jego głos tracił na sile. – I cię k o c h a m.


- Więc wyznał ci miłość, hm?

Luhan obserwował jak ciemne chmury jaśnieją. Prawdopodobnie gdzieś tam pod ich powłoką wschodziło słońce. Wszystko wydawało się tego dnia jednakowe, szare i smutne. Zbierało się na deszcz, ale my woleliśmy i tak zostać na dworze i pobyć choć chwilę razem.

- Mhm.

Byłem okrutny, bo będąc z Luhanem nawet przez chwilę nie mogłem poświęcić moich myśli Tao.

- Sehun, czym tak właściwie jest miłość? – podkulił nogi i oparł podbródek na kolanie.

Zastanowiłem się.

- To dosyć trudne pojęcie, Lu. – odpowiedziałem. – Wykracza nasze myślenie, bo choć znamy to uczucie, nie potrafimy go scharakteryzować.

- Znasz to uczucie? – odwrócił się w moją stronę i z zainteresowaniem mi się przyglądnął.

- Znam. Ty go nie znasz?

Pokręcił przecząco głową, odgarniając przy okazji zasłaniającą mu widok grzywkę.

- Więc miłość, hm, ludzie określają to jako ciepłe uczucie o tu. – wskazałem na swoją klatkę piersiową. – Ale to bardzo płytka teoria, bo miłość to coś więcej.

Widziałem, jak chłonie każde moje słowo.

- Lubisz gwizdy, Luhan?

- Kocham. – odpowiedział niemal natychmiastowo.

- Widzisz, dużo ludzi nie zwraca nawet na nie uwagi, a mimo to każdej nocy pojawiają się i świecą tylko dla nich.

- I to jest miłość?

- Tak, to jest miłość. – zastanowiłem się. –  Ale to jeszcze nie wszystko, Lu. Na przykład takie słońce. Każdego dnia wschodzi i mimo, że ludzie tego nawet nie zauważają, ono ciągle dla nich świeci, bo mimo wszystko wie, że jest im potrzebne. – spojrzałem na Luhana, który nagle się nad czymś zamyślił.

- Sehun. – odezwał się w końcu. Powaga jego głosu idealnie oddała szarość tego dnia.

- Hm? – spojrzałem w jego oczy lśniące dziwnym, nieznajomym mi do tej pory blaskiem.

- Myślę, że ty jesteś moim słońcem. – powiedział to bez cienia skrępowania.

Zaraz.

Co?

- Bo, przychodzisz tu zawsze, mimo, że nie dostajesz nic w zamian. Dobrze wiesz, że cię potrzebuję.

Przełknąłem ślinę.

- Miałeś się we mnie nie zakochać. – spojrzał na mnie poważnie. – Obiecałeś. – cisnął przez zęby.

- Nic nie obiecywałem. – zauważyłem.

- Sehun, nie możesz się we mnie zakochać, błagam cię.

Coś się we mnie zagotowało.

- Dlaczego? Dlaczego nie mogę?! A może ja chcę? Może pragnę cię tak bardzo, że już nie potrafię spędzić dnia bez spotkania z tobą? Może chcę być z tobą i dać ci to cholerne poczucie bezpieczeństwa? Dlaczego wy wszyscy mi tego zabraniacie?!

- Bo to niebezpieczne. Minseok…

- Minseok mnie za przeproszeniem gówno obchodzi, Luhan. Dla mnie liczysz się tylko ty.

- Nie, Sehun. Przestań. Powiedziałem, że nie możesz się we mnie zakochać, a ty to zrobiłeś. – wstał z trawy i otrzepał spodnie. – Obawiam się, że już się więcej nie spotkamy.

- Luhan. – jęknąłem żałośnie.

- Sehun, wybacz mi. – sam się załamywał, ale ostatecznie odszedł i ani razu się nie odwrócił.

W akcie rozpaczy, goryczy i wszystkich złych emocji, które się we mnie kotłowały, zacząłem wrzeszczeć, rzucać się na ziemi i uderzać gołą pięścią w korę drzewa. Jak bachor. Bo w tamtej chwili właśnie tak się czułem. Niczym dziecko, bezsilne, któremu ktoś zabrał coś, na czym bardzo mu zależało.

Deszcz runął z nieba hektolitrami. Był tak gęsty, że idąc w stronę pociągu prawie nic nie widziałem. Nie chciałem tam wracać. Nie chciałem nikogo widzieć. Wolałem zostać sam. Imię Luhan stało się dla mnie przekleństwem, a w następnych dniach nasłuchałem się go sporo.

Minseok znowu wyżywał się na jego ciele, on znowu wrzeszczał, ja znowu cierpiałem.

- Co jest, Sehun? Już nie pójdziesz pomóc swojej księżniczce?

- Kurw się.

- Kurw się? Tak jak twój chłopak? – w wagonie zagrzmiał donośny śmiech dwunastu mężczyzn.

- Spierdalaj.

- Ejejej, uspokój się może trochę, co? – któryś z nich zwrócił mi uwagę, ale powiem szczerze, nie obchodziło mnie to, jak zresztą wszystko. Już nawet Luhan coraz mniej przestał mnie obchodzić, a przynajmniej tak się łudziłem.

Kolejny krzyk Luhana, tym razem zdawał się jakoś bardziej żałosny niż wcześniej. Zacisnąłem powieki, kryjąc głowę pod poduszką, by nic nie słyszeć. Błagałem moje ciało, aby samoczynnie nie ruszyło mu na pomoc, ale mnie nie posłuchało. Wybiegłem z mojego wagonu i przeciskając się przez kolejne, stanąłem przed tymi pieprzonymi, czerwonymi drzwiami. Tym razem długo się nie wahałem i tak nie miałem nic do stracenia. Równie dobrze mogłem umrzeć, bo hej! Już mi nie zależało na naprawdę niczym.

Wszedłem do pokoju wypełnionego dymem papierosowym i erotyzmem. Panował tu półmrok, ale i tak zauważyłem przywiązanego do łóżka Luhana, w którego Minseok brutalnie wchodził i bezlitośnie biczował. Zatrzymał się jednak, gdy mnie zauważył. Ja trwałem w bezruchu, kompletnie przerażony tym widokiem. Wyobrazić sobie tę scenę to jedno, a zobaczyć na własne oczy to drugie. Nie mogłem nawet drgnąć.

Na całym ciele Luhana znajdowały się krwawe szramy, bo uderzeniach bicza, który dumnie widniał w dłoni Minseoka. Chłopak płakał, a gdy mnie dostrzegł, zaczął coś wrzeszczeć, ale nie za bardzo rozumiałem co. Wszystko stało się jakieś nierealne i głuche. Akcja działa się w zwolnionym tempie.

Dopiero gdy Minseok na moich oczach, z tym piekielnie kpiącym uśmieszkiem wszedł w Luhana tak mocno i gwałtownie, że ten wyjęczał całą litanię do serca Jezusowego, ocknąłem się. Nie potrafiłem opisać gniewu jaki we mnie się zrodził. Zacisnąłem pięści i zanim wymierzyłem mu w twarz, czyjeś silne ramiona złapały mnie od tyłu. Warknąłem na Minseoka, a on w odpowiedzi siarczyście się zaśmiał.

- Widzę, że Luhan masz bohatera. – rzucił sarkastycznie, po raz kolejny zadając mu ból. Blondyn zawył uderzając pięścią w pościel. Zadyszał i wstrzymał oddech przed kolejnym brutalnym pchnięciem.

- Jak powinienem ukarać twojego kolegę, hm? – wyrechotał, uderzając go biczem.

Luhan zaskomlał, zadławiając się łzami.

- Zostaw go. – rzuciłem wściekle, usiłując wyrwać się z łapsk tych spoconych facetów.

- Och, więc Luluś jest twoją słabością, hm? – uniósł brwi.

Nie potrafiłem znieść swojej bezsilności. Byłem beznadziejny. Po raz kolejny go zwiodłem.

- Jesteście kochankami lub coś? – ciągnął.

- N-n-n-nie. – Luhanowi udało się uchylić usta.

- Tak. – odpowiedziałem pewnie. – Kocham go. – dodałem, patrząc na niego z cwaniackim uśmieszkiem.

Minseok zmarszczył niebezpiecznie brwi, po czym jakby rozweselił się.

- Więc chyba znalazłem odpowiednią karę. – wyszczerzył się. – Luhan. – zaczął go odwiązywać. – Jeśli nie chcesz, abyśmy wyrzucili go z pociągu, musisz robić wszystko, co ci każę.

- Nie rób nic, co on ci powie. – warknąłem agresywnie, nawet na niego nie patrząc. Byłem zajęty zabijaniem Minseoka wzrokiem.

- Luluś, wiesz, co robić. – Luhan niechętnie zbliżył się do jego krocza. Widziałem, że starał się nie płakać, nie spoglądać w moją stronę.

Przełknął ślinę. Zapadła cisza. W duchu błagałem, by tego nie robił.

- Pośpiesz się. – syknął Minseok i mocnym szarpnięciem za włosy, przyłożył twarz Luhana do swojego członka. – Liż.

Chłopak posłusznie wykonał polecenie.

- Nie rób tego, Lu!

Językiem zaplatał koła na jego jądrach, Minseok jęczał z rozkoszy, a mnie nadszedł odruch wymiotny.

Tak mijały kolejne puste minuty, przesiąknięte gęstym dymem papierosowym, erotycznymi westchnięciami i łzami. Ukoronowałem tę chwilę najgorszym momentem mojego życia. Czułem jak słabłem, opadałem z sił przez ciągłe wyrywanie się i błagalne prośby skierowane do Luhana. Wiedziałem, że robił to dla mojego dobra i to chyba bolało mnie najbardziej.

10 minut obserwowałem jak najważniejsza osoba w moim życiu smakuje penisa Minseoka, 10 minut darłem się, by przestał, by się zlitował.

Aż ten w końcu doszedł.

- Połknij.

Zacisnąłem powieki. Nie chciałem tego widzieć.

Usłyszałem głośne przełknięcie i dopiero po tym otworzyłem oczy. Zauważyłem, że z kącika Lu ciągnie się strużka białej mazi i, o boże, wtedy moja złość sięgnęła zenitu. Nie potrafiłem się już kontrolować. Skrzywdził, upokorzył i podniósł rękę na  m o j e g o Luhana.

- Ty pierdolony chuju! – chyba sam zacząłem rzewnie płakać. – Zajebie cię, niech tylko oni mnie puszczą!

Wyśmiał mnie sarkastycznie.

- Rozpieprzę ci tę mordę, zobaczysz! – warczałem.

Luhan gorzko płakał, kuląc się w kącie łóżka. Wstydził się. Czuł się upokorzony. Wiedziałem to i bałem się, że już kompletnie nie będzie chciał mnie widzieć.

- Nie wierzę, że ta zwykła kurwa może być twoją słabością, Sehun. – przewrócił oczami i pchnął blondynem tak, że uderzył o ścianę.

- Zapłacisz za to, rozumiesz? Nie daruję ci tego!

- Obawiam się, że do tego nie dojdzie. – zaśmiał się. – Zastanawiam się, jak mogę cię ukarać za zbliżenie się do mojego Lulusia. Hm.

Luhan zawył żałośnie, jakby obawiał się najgorszego. Właśnie dlatego mnie odpychał, żeby do tego nie doszło. Żebym ja się w nim nie zakochał, żeby nie stała mi się przez niego krzywda.

- Wyrzucenie z pociągu? – uniósł brwi, widocznie zadowolony, jednak wkrótce pochmurniał. – Niee, nie wydaje mi się, żeby zależało ci jakoś szczególnie na życiu. – odepchnął od siebie jakże tę słuszną myśl. – Muszę zabrać ci coś, co jest dla ciebie najważniejsze. Luhana. – powiedział w końcu, a ja z przerażenia spojrzałem na blondyna, który momentalnie zbladł. Teraz to ja zacząłem się bać.

- Masz zamiar go zabić? – zapytałem niepewnie.

- Ależ skąd! – wyśmiał mnie Minseok, a w jego ślady poszli dryblasy, którzy swoimi basowymi głosami roznieśli śmiech po całym pomieszczeniu. – Nie zabiję go, w życiu! Wyrzucę tę szmatę. Odejdzie, a ty zostaniesz.

Zmrużyłem oczy, Luhan znowu zaczął płakać. Wygnanie było czymś równorzędnym ze śmiercią. Bez grosza przy duszy nie miało się praktycznie żadnej szansy na przeżycie.

- Zostaniesz i będziesz umierał z tęsknoty i niepewności! Ach, czyż to nie romantyczne? Jesteście jak Romeo i Julia, powinniście się cieszyć! – wyglądał na podekscytowanego. Miałem ochotę zedrzeć mu ten wredny uśmieszek z jego paskudnej twarzy. – Może przejdziecie do historii?


Zostałem siłą odprowadzony do swojego wagonu. Mimo mojego oporu, nie mieli żadnych trudności z zaciągnięciem mnie tam. Zamknęli drzwi do reszty wagonów. Nie mogłem dostać się Minseoka.

Pierwsze pół nocy przepłakałem jak małe dziecko, wijąc się przez ból, który rozdzierał moją klatkę piersiową. Przed oczami miałem scenę gwałconego Luhana, bezsilnego mnie i nasz ostatni kontakt wzrokowy.

Jego oczy mówiły więcej niż zdołałby powiedzieć. Przepraszały, że tak wyszło, że mnie zostawia, że przez niego tak bardzo cierpiałem, że uległ mi i pozwolił się do niego zbliżyć. Prosił, bym o nim zapomniał, bym nie pomijał posiłków, nie palił tak wiele papierosów, bym mu wybaczył. Dziękował za cudowne poranki, wspólne kąpiele w jeziorku przy wodospadzie, spacery po lesie, szczere rozmowy, oglądanie wschodów słońca, opowieści o miłości i narzekanie na ludzi. Przekazał mi to wszystko krótkim spojrzeniem.

Przypominałem sobie jego uśmiechniętą twarz, zarumienione policzki, żarty. Fala wspomnień zalała mnie kompletnie. Widziałem chlapiącego mnie wodą Lu, a także tego zerkającego na mnie zza drzewa.

Dusiłem się, gdy przypomniałem sobie obietnicę o nienarażaniu się, o byciu przy nim i opiece nad nim. Wszystkie złamałem.

Byłem cholernie beznadziejny.

[5]


Przez ciągłe zmęczenie udało mi się w końcu usnąć, choć wspomnienia o Luhanie naruszyły nawet moje sny.



Siedzieliśmy wtedy w zagłębieniu wodospadu, gdzie oddzieleni taflą wody od reszty świata zostaliśmy tylko my. Nadzy, odkrywający przed sobą całych siebie. Ociekaliśmy wodą, dopiero skończyliśmy wspólną kąpiel w krystalicznie czystym źródełku. Woda szumiała, zagłuszając wszystkie odgłosy z zewnątrz. Liczyliśmy się tylko ja i on. Sami, zamknięci w czasie i zagubieni pośród uczuć.

- Więc jaka jest twoja historia? – siedział przede mną po turecku. Obserwowałem jak krople wody spływają z jego włosów na zarumienioną twarz, a następnie na blady, posiniaczony tors.

- Matka wyrzuciła mnie z domu.

- Za co? – uniósł brwi.

- A czy to ważne? – zaśmiałem się. – A ty?

- Byłem sierotą. Minseok mnie przygarnął. – westchnął. – Teraz żałuję, że przyjąłem jego pomocną dłoń.

- Myślałeś o ucieczce?

- Cały czas o niej myślę, ale nie mam dokąd się udać. Zresztą, nie mam pieniędzy. – spuścił głowę i zaczął bawić się swoimi dłońmi.

- Możemy uciec razem. – zasugerowałem. Zaśmiał się gorzko.

- Byłoby super. Zamieszkalibyśmy w jakimś małym domku w bardzo wyludnionym miejscu. – rozmarzył się.

- Mielibyśmy psa.

- Husky’iego!

- Brzmi super. – uśmiechnąłem się.

- Mielibyśmy swój ogródek, sadzilibyśmy tam różne warzywa i owoce. – zaklasnął w dłonie.

- Oglądalibyśmy wschody i zachody słońca. – wyobraziłem sobie codzienne witanie i żegnanie dnia z Luhanem. Budzenie się przy nim, oglądanie jego zaspanej mordki, pieszczenie jego zarumienionych policzków…

- Chodzilibyśmy na długie spacery po lesie, szukalibyśmy takich miejsc jak to tutaj. – rozglądnął się dookoła. Uśmiechnąłem się.

- W gorące dni po prostu leżelibyśmy na łące i bawili się w odszukiwanie dziwnych kształtów w chmurach.

- Byłoby wspaniale. – odrzekł smutno. Widząc jego mizerną minę, zbliżyłem się do niego i odgarnąłem mu włosy z twarzy.

- Ucieknijmy.

- Nie mogę, Sehun, znajdą mnie.

- Ucieknijmy daleko, gdzie nikt nas nie znajdzie. Będziemy tam tylko ty i ja, już do samego końca.

Ale nie zgodził się.


Uniosłem się delikatnie i złapałem za pulsującą bólem głowę. Jęknąłem. Rozglądnąłem się i zauważyłem przerażoną twarz Kaia.

- Co? – burknąłem.

- Nic, po prostu… płakałeś przez sen i trochę się zaniepokoiłem. – podrapał swoje czoło i lekko się zmieszał. – Wszystko w porządku? Wydajesz się blady. Jesteś chory? – przyłożył dłoń do mojego czoła.

- Tak.

- Naprawdę? Co ci jest? 

- Choruję na pierdoloną miłość.

A potem znowu płakałem, a on panicznie starał się mnie uspokoić.

[6]

Najgorsze w tym wszystkim było to, że nawet nie miałem pewności, czy żyje. Minseok miał rację. Wyganiając Luhana zadał mi największy cios. Nie mogłem się dowiedzieć, co się z nim stało. Możliwe, że już leżał gdzieś martwy, choć równie możliwe było to, że obecnie jadł lunch w jakiejś drogiej restauracji, bo cudem udało mu się znaleźć pieniądze.

Mogło zdarzyć się wszystko. Mógł złamać nogę, popełnić samobójstwo, umrzeć z wyziębienia. Martwiłem się, a to też mnie wyczerpywało.

Wkrótce wraz z cyrkiem mieliśmy wyruszać w dalszą trasę.

Kilka razy przechadzałem się do n a s z e g o miejsca, ale go tam nigdy nie było. Jednak za każdym razem łudziłem się, że go tam zobaczę, że znowu będę mógł spoglądnąć w jego oczy, które swym pięknem przyćmiewały wszystkie te wschody słońca i to razem wzięte. Bardzo go potrzebowałem i dopiero po jego utracie zorientowałem się, jak silnym uczuciem go darzyłem.

Wkrótce reszta dała mi spokój. Kai, który chciał mnie wybudzić z depresyjnego stanu i Tao, który próbował wykorzystać brak Luhana do własnych celów. Zostawili mnie, gdy zauważyli, że ich starania szły na marne. Przestałem reagować na jakiekolwiek zewnętrzne bodźce, bo skupiłem się na wnętrzu, gdzie trzymałem Lu, a przynajmniej jego cząstkę.

Nie reagowałem na swoje imię, za to więcej życia pojawiało się we mnie, gdy usłyszałem „Luhan”. Podświadomie się oszukiwałem, że jeszcze ze mną jest, że spotkamy się następnego ranka i oglądnę jego występ wieczorem.

Nie potrafiłem dopuścić do siebie myśli, że odszedł na zawsze. Wszystkie wizje jego śmierci wydawały się zbyt nierealne, niedorzeczne, absurdalne. Przecież on żył i kwitł w moim sercu, gdzie się zakorzenił.

Bardzo, bardzo za nim tęskniłem, choć nawet milion takich „bardzo” nie byłoby w stanie opisać potęgi tego uczucia, jakie ja odczuwałem. Potrzebowałem go, jego zapachu, widoku, dotyku. Umierałem bez niego.

Po pewnym czasie zacząłem się na nim wyżywać. Dlaczego mnie zostawił? Dlaczego odszedł? Dlaczego sprawił, że tak okropnie cierpię? Czy on do cholery zdaje sobie sprawę z tego, że ja bez niego nie mogę normalnie funkcjonować?

Utrata Luhana wstrząsnęła mną bardziej niż wyrzucenie z domu przez własną matkę. Nic nigdy mnie tak bardzo nie zabolało jak brak jego obecności.

Nie wiedziałem, ile dni minęło od jego odejścia, ale wiedziałem, że szczęśliwi czasu nie liczą, dlatego ja liczyłem wszystkie samotne sekundy bez niego.

Nie nadawałem się do pracy, stałem się zupełnym wrakiem człowieka, nawet nie iskrzyłem życiem. Nie miałem go, bo odeszło za Luhanem. Albo inaczej. Moje życie było Luhanem.


Dla Minseoka szybko stałem się bezużyteczny, więc mnie wyrzucił.

Czułem się jak szmata. Wszyscy mnie ciągle jedynie wyrzucali.

Szedłem, nie wiem po co, nie wiem gdzie. Zdecydowanie bardziej kusząca wydawało mi się opcja samobójstwa, ale nie mogłem, dopóki nie dowiedziałem się, czy Luhan żyje.

Doszedłem do jakiegoś miasta. Było ogromne. Idąc ulicą, ludzie przyglądali mi się krzywo, ale kurwa mać, nikt nawet nie zapytał czy czułem się dobrze, czy potrzebowałem jakiejś cholernej pomocy.  Mieli w dupie, że człowiek taki sam jak oni rozsypuje się z każdym krokiem i przechodzi piekło.

Wlokłem się wśród nich wszystkich elegancko ubranych, wytapetowanych, identycznych. Niczym się nie różnili. Czułem mdłości, widząc te wszystkie zapyziałe panie i zadufanych panów. Każde z nich może wyglądało schludnie, dostojnie i modnie, ale nie posiadali najważniejszych rzeczy. Wolności, serca i miłości. Chociaż tego ostatniego chyba ja też już nie miałem, nie wiem sam.

Z natłoku myśli, głodu i wyczerpania - zemdlałem.


Obudziłem się w białym pokoju. Moich uszu dobiegło irytujące pikanie, a przede mną nachylała się jakaś kobieta w białej, krótkiej sukience z jakimiś papierami w ręce.

- Jak się pan czuje? – zapytała sztucznie uprzejmym głosem.

- Jakby ktoś przypierdolił mi pustakiem w ryj, dziękuję, że pani pyta.

Zmieszała się lekko.

- Czy mógłby pan nie przeklinać w miejscu publicznym?

- Nie. Nie mogę, a teraz proszę mnie wypuścić.

- Musimy zrobić panu jeszcze kilka badań, a potem…

- Nie obchodzi mnie to. – odczepiłem od siebie wszystkie urządzenia i wyszedłem. Kobieta pobiegła za mną, nalegając bym się zatrzymał. Wzbudziłem sobą wielkie zainteresowanie wśród innych pacjentów, a w szpitalu ze względu na mnie zrobiło się niemałe zamieszanie.

- Zatrzymaj się, Oh Sehun. – usłyszałem za sobą znajomy głos. Zacisnąłem pięści i ruszyłem dalej, ignorując go. – Zatrzymajcie go. – rzuciłem się biegiem ku wyjściu, ale wkrótce ochrona złapała mnie i postawiła tuż przed matką.

- Co ty tu robisz? – krzyknęła na mnie półszeptem.

- Po tym jak mnie wyrzuciłaś, błąkałem się, zemdlałem i trafiłem tutaj. – oznajmiłem na tyle głośno, by zebrani wokół ludzie mogli mnie dokładnie usłyszeć. Skarciła mnie wzrokiem.

- Zabierzcie go do mojego gabinetu. – syknęła surowo.

- Tak jest, pani dyrektor. – jeszcze raz posłała mi wrogie spojrzenie, po czym odeszła w przeciwną stronę niż ta, w którą prowadzili mnie panowie ochroniarze.

Siedziałem w pokoju sam. Czytałem najnudniejszą w świecie gazetę, ciągle myśląc o Lu i o tym, gdzie mógłby się znajdować. Przewracałem kartkę za kartką, plądrując strony wzrokiem, aż w końcu natknąłem się na ciekawy artykuł o nowym, świetnym pisarzu, który wydał książkę opowiadającą o realiach cyrku, a autorem był sam Xi Luhan.

Przeczytałem artykuł jeszcze raz, jakby nie dowierzając.

- Jezus Maria, on żyje. – poczułem narastające we mnie szczęście. – On naprawdę żyje! – prawie płakałem z radości. Wybiegłem na korytarz i pokazując wszystkim artykuł w gazecie, wrzeszczałem, że m ó j Lu nie umarł.

A potem uciekłem ze szpitala i pokazywałem tę gazetę wszystkim przechodniom.

Prawdopodobnie wzięli mnie za wariata.


Szybko udało mi się odnaleźć jego adres. Lekko roztrzęsiony odnalazłem jego mieszkanie, które znajdowało się chyba w najstarszej, najbrudniejszej dzielnicy San Francisco. Przełknąłem ślinę. Szalałem z radości, choć równocześnie się bałem, że mnie odrzuci, że uzna mnie za zakończony rozdział w swoim życiu.

Nie wiedziałem nawet jak go powitać. Czy przytulić czy może ochrzanić za zamartwianie mnie na śmierć?

Najpierw musiałem zapukać. Tak. To jest najważniejsze.

Wziąłem głęboki wdech, przypominając sobie jak wiele przeszedłem, zanim tu trafiłem. Łzy zebrały się pod powiekami, ale nie dawałem za wygraną.

Zapukałem, a on otworzył.

Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie, jakby nie wierząc własnym oczom.

Luhan stał przede mną w samej koszulce i bokserkach oraz z kawą w dłoni, którą później z wrażenia upuścił. Jego włosy jak zwykle przysłoniły mu czoło, a oczy zabłysnęły na mój widok. Jego skóra już nie była posiniaczona, raczej cała biała i tak samo delikatna jak ostatnio.

- Sehun. – otworzył oczy szerzej i obmacując dłońmi moją twarz, zaczął płakać. – Boże, ty jesteś prawdziwy! – przyłożył sobie dłoń do ust.

Nie wytrzymałem, nie kontrolowałem się. Jedną ręką przyciągnąłem go do siebie, a drugą uniosłem jego podbródek, by dostał do moich ust. Złączyłem nas w delikatnym pocałunku o smaku porannej kawy z gorzką nutką niezmiernej tęsknoty. Oplótł rękami moją szyję, przyciskając nas do siebie jeszcze bardziej. Czułem na swoim policzku jego łzy. Oderwaliśmy się od siebie, gdy wiatr przeszył nas przeraźliwym chłodem.

- Tak bardzo tęskniłem. Ja tak potwornie cię kocham i…

- Ćsii… To nie jest teraz najważniejsze. - uciszył mnie, uśmiechając się lekko.  Ciągle głaskał mnie po włosach, szlochał. – Mam do ciebie pytanie, Sehunnie. – rozpłynąłem się od słodkości, z jaką to wypowiedział.

- Jakie?

- Czy oferta wspólnej ucieczki jest jeszcze aktualna?




Sama nie wiem, co to jest. Pisałam to bardzo długo i wyszedł heh jak wyszedł. Bardzo dziwnie, nie potrafię tego ogarnąć i podziwiam wszystkich, którzy to zrozumieli. Ok, tłumaczę się tym, że napisałam go przez moje hipisowskie pobudki, a później tak jakoś samo płynęło i cóż, nie chce mi się już poprawiać i zmieniać. Może kiedyś to zrobię, ale na pewno nie teraz. 
PS. Opisy ssą.
PS2. To mój pierwszy oneshot, więc proszę o jakiekolwiek wskazówki ;;

8 komentarzy:

  1. nie wiem czy wczesniejszy komentarz sie dodal wiec na wszelki wypadek napisze jeszcze raz 😊 jak dla mnie to piekne opowiadanie jeden z najlepszych one shotow jaki znam. nie mialam zadnych problemow ze zrozumieniem wiec nie wiem o co ci chodzi ^^ strasznie szkoda mi bylo Lulu ale na szczescie dobrze sie skonczylo w innym wypadku chyba bym przez tydzień plakala. zaraz przejrze reszte bloga 😉 powodzenia w pisaniu ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Och, wchodząc w linka na facebooku nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, bo przecież nigdy nie wiadomo czy to jakiś gimbusiarski badziew, czy jednak coś, co zmieni moje.
    Stwierdziłam jednak, że słowo "hunhan" mówi samo za siebie i nieważne, do którego przedziału będzie należeć ten one shot - trzeba go przeczytać, A widząc ten krótki opis o pociągu, wiedziałam, że muszę kliknąć w linka...
    Pomijając fakt, że od samego początku myślałam, że będzie to Luhan pov, mogę Ci całkiem szczerze powiedzieć, że jestem zakochana.
    Nie często komentuję opowiadania, co jest moją ogromną wadą, ale wciąż jestem pod wpływem emocji, toteż piszę, to z myślą o wszystkim co działo się kilka przesunięć palcem wyżej.
    Mój Boże. Gdzie Ty się ukrywałaś i dlaczego?
    Że niby Twój pierwszy one shot? Mój Boże part 2.
    Nie wiem, co aktualnie czuję, bo wszystkie moje emocje, myśli i cała reszta jest jedną wielką, szarą papką opatuloną w powłokę feelsów, łez i maślanych oczu.
    Wow, dziewczyno, składam Ci wielki pokłon do samej ziemi.
    To był jeden z tych kurewskich opowiadań, które wybijają się ponad inne i mówią same za siebie, że są cudowne.
    Naprawdę, Twój styl pisania, porównania i wszystkie inne środki stylistyczne, których nie pamiętam, a moja polonistka pewnie dostaje czkawki, są tak cholernie dobre, że mam ochotę płakać.
    To był jeden z najlepszych angstwo/fluffowych hunhanów, jakiego miałam okazję przeczytać w swoim nudnym życiu...
    Nie potrafię określić, co mnie tak zabiło, ale każde zdanie wywarło na mnie tak ogromne wrażenie, że poważnie nie umiem teraz utworzyć sensownego zdania.
    Jezus Maria i kto się tam jeszcze przypałęta...
    To opowiadanie zawarło w sobie wszystko, co kocham, zaczynając od hunhana samego w sobie, poprzez cudowne opisy, kończąc na motywie cyrku, którego osobiście jestem wielką adoratorką i zwolenniczką.
    Powiedz mi, gdzie mogę Ci przesłać moje uwielbienie do Ciebie i Twojej twórczości, w postaci czekolady i masy uścisków,droga Invisible?
    Moja miłość do Ciebie rośnie jeszcze bardziej, bo nie zrobiłaś z tego typowego angsta, tylko dodałaś to szczęśliwe zakończenie, którego tak bardzo potrzebowałam, a które sprawiło, że chciało mi się płakać bardziej i bardziej.

    Na koniec powiem tylko tyle, że masz we mnie stałą czytelniczkę, która z całą pewnością za chwilę będzie obserwować bloga i wytrwale czekać na kolejne opowiadania Twojego autorstwa.

    Całuje gorąco, życzę od cholery weny, dużo czasu i powodzenia! <3 /Zauroczna Twoim opowiadaniem- Kummie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak baardzo, baardzo Ci dziękuję! Nawet nie wiesz, jak Twój komentarz wpłynął na moje samopoczucie i autorski kryzys. Haha. Zmotywowałaś mnie.
      Kompletnie nie wiem, co powiedzieć, bo w życiu bym nie pomyślała, że ktoś to opowiadanie mógłby przyjąć tak pozytywnie.
      No i standardowo nie potrafię przestać się uśmiechać, naprawdę. Chyba pozostaje mi być tylko wdzięczną za takie miłe słowa i nie zawieść w kolejnym oneshocie ;)

      Przesyłam całusy i ciepłe przytulasy
      / Invisible

      Usuń
  3. Powiem Ci, że woow, podbiłaś tym moje serce. To było piękne, masz naprawdę talent do opisów, cała historia jest cudowna, d samego początku. Sehun moim zdaniem jest cholernie mądry dostrzegając rzeczy, których inni nie widzą. Oprócz natury zauważył też to, że Luhan jest piękny. I nie chodzi tylko wygląd, charakter, sposób bycia... To wszystko składało się na niego. To smutne, że każdy widział w nim dziwkę, którą wystarczyło ignorować, żeby wszystko było w porządku. Tak się cieszę, że Sehun wskoczył do tego pociągu, że razem wyszli z tego bagna, bo to, co razem przeżyli... te ostatnie chwile największego cierpienia. Min Seok był draniem. Bezuczuciową szują. Żeby dążyć do zniszczenia tak cudownej osoby na prawdę trzeba nie mieć uczuć. Potwór.
    Bałam się, że zakończysz to w smutny sposób, bo tak się zapowiadało, ale na szczęście tego nie zrobiłaś i dziękuję Ci za to bardzooo, bo chyba bym tego nie zniosła.
    Podziwiam, każdego kto pisze takie długie opowiadania, bo sama wiem jakie to ciężkie, tym bardziej, że wybrałaś dość ciężką fabułę, ale hej, wyszło fenomenalnie, więc tylko gratulować. Mam nadzieję, że będziesz pisać więcej, b na prawdę polubiłam twój styl piania, teraz tylko czekać, aż naskrobiesz więcej!
    Powodzenia i dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  4. Niczego nie poprawiaj i nie zmieniaj, bo to jest piękne. Ja ogólnie jestem wielką fanką Twoich prac, ale tym mnie powaliłaś. Sama historia jest... wzruszająca ale i daje wiele do myślenia.
    Postać Luhana jest niesamowita. Cudownie pokazałaś jak człowiek przez jedną złą decyzję może zniszczyć sobie życie. I nie mówię tu, że on miał jakąś lepszą opcję niż dołączenie do tego okropnego cyrku. Sehunem za to nakreśliłaś nam, że ludzie czasami na siłę się zniewalają. Nie wiem czy tak zbudowałaś te postacie, ale ja je tak odebrałam. Ah, naprawdę mnie urzekłaś tym one-shotem. Powodzenia przy dalszych pracach! ♥

    yehetasshole.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Jezusie... jakie to piękne... ta historia.. nie wiem jak mogę to opisać... serce waliło mi jak szalone.. co ja. Nadal mi wali! Kocham ten one shot... życzę weny i więcej takich shotów ❤

    OdpowiedzUsuń
  6. Skończyłam!
    No dobra, ale przejdzmy do rzeczy. Ten one shot jest genialny! I opisy nie ssą!
    Mówiłaś ze najgorsza scena to ta z wodospadem, a moim zdaniem to ta w szpitalu, wodospad był extra!
    Ciężko mi czytało sceny *sama wiesz jakie* bo wiedziałam że Ty to napisałaś... To dziwne wiem.
    Chyba zapomniałaś mi tak w ogóle powiedzieć o TaoHun. Nie spodziewałam się...
    A no i były ze dwie literówki, jak będzie co się chciało to możesz poprawić.
    Teb komentarz jest okropny, ale wiesz ze nie umiem w komentarze. Wiec wszystko Ci powiem w prawdziwym świecie.
    Pisz szybko następnego!

    http://nonamefanfiction.blogspot.com/
    ~Niuta.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytałam to około godziny, bo m u s i a ł a m. Inaczej byś mnie zadźgała. Wiesz, że kocham bardzo hunhan'a. Szczerze? Myślałam, że będzie to słabe jak większość scenariuszy jakie przeczytałam, bo tylko nieliczne naprawdę przypadła mi do gustu. W każdym razie zadziwiłaś mnie. To twój pierwszy oneshot, a muszę przyznać, że jest cudowny, po prostu brak mi słów. Jak wiesz opisy u ciebie leżą (jak sądzisz), ale widać, że się przyłożyłaś i nie są złe, poza tym dialogi wszystko nadrabiają. Osobiście nie wiem jak to robisz, że za każdym razem na nowo podbijasz moje serce kolejną dawką emocji związanymi ze swoimi opowiadaniami.Nic im nie brakuje. Jesteś coraz lepsza. Są one niemal bezbłędne, ale tak jak prosiłaś skupiłam się najbardziej jak mogłam i znalazłam kilka, może kilkanaście błędów. No więc, przejdźmy do konkretów:
    ~ Nie wiem jaki czas obrałaś w tym oneshocie, ale w 1990 roku Luhan się dopiero urodził, a o Sehunie jeszcze nawet ptaki nie śpiewały. Może obrałaś sobie wcześniejsze lata jako datę ich urodzeń, ale jest to po prostu DLA MNIE troszkę dziwne,
    ~ Jak już ci pisałam- NIENAWIDZĘ TEGO SZABLONU. Wiesz, że mam wadę wzroku, a te literki są naprawdę malutkie, więc serio się wysiliłam. Doceń to, skarbie.~
    ~ Kocham cię za ten gif. (To tak na marginesie)
    ~ Te swoje teksty z niebem skądś ściągasz, rly. (To już zażalenia,kk)
    ~ To trochę dziwne, bo Sehun na początku mówił, że 20 czerwca spotkał Luhana, a tak właściwie pierwszy raz spotkał go 21 czerwca.
    ~ Śpiewający Sehun z ptakami, o zgrozo!~
    ~ Albo to ja jestem nieogarnięta, albo naprawdę najpierw piszesz o zachodzie słońca a zaraz o wschodzie, a potem znów do wschodu wracasz. ZDECYDUJ SIĘ, KOBIETO.
    ~ Powtórzenia słowa "obłoczki".
    ~ "W całym moim całym życiu." zdanie mówi samo za siebie co jest w nim źle.
    ~ Pociąg jedzie z zawrotną prędkością, a Sehun wskakuje sobie ot tak do jednego z wagonów. To jakiś stalker.
    ~ Przecież Tao się nie pluje, zrobiłaś z niego jakiegoś starego wieśmen'a bez zębów. (Już nie wspominając o tym, że zrobiłaś z mojego najdroższego mojemu sercu LuHank'a dziwkę Xiumin'a, a właściwie Minseoka, jak kto woli).
    ~ Jak można budzić dobry respekt? Wtf?
    ~ Dziwka to osoba, która z własnej nie przymuszonej woli daje się wykorzystywać seksualnie i bierze za to grubą kasę. Luhan był do tego zmuszany i nie brał za to pieniędzy, więc nie można właściwie nazywać go dziwką.
    ~ "Byli pod rażeniem"- literówka.
    ~ Najpierw pisałaś, że oczy Luhana nie miały w sobie żadnego blasku, a później, że "jak zwykle jego oczy lśniły niepowtarzalnym blaskiem".
    ~ Mój Luhanek jest 100% macho, ok.~Zażalenie.
    ~ "I to nie jednorazowo jak do tej pory MYŚLAŁAM"- ktoś tu wziął Sehuna za dziewczynkę...
    ~ Sehun na początku mówił, że nie tęskni za Luhanem, a później, że gdyby odszedł i go stracił to by tęsknił.
    ~ Zmieniłaś czas w jednym lub dwóch zdaniach.
    ~` Napisałaś, że czarne chmury już znikały, a tu nagle ulewa. Wtf?
    ~ Zamiast "Zawiodłem" jest "Zwiodłem".
    ~ Lu siedział już skulony pod ścianą, a zaraz potem napisałaś, że Minseok pchnął go mocno na ścianę.
    ~ Luhan ma na nazwisko "Xiao", a nie "Xi".

    N!
    To by było na tyle. Życzę weny i wgl.
    ~Twoja kochana, Dominisia.

    OdpowiedzUsuń