11.11.2017

1. Nazwijmy to objawieniem [DH]


A z wszystkich aniołów na świecie, to ty byłeś tym najpiękniejszym.



Skryty w liściach nigdy nie sądził, że światu uda mu się z nim jakoś skontaktować. W jego kryjówce nie mógł znaleźć go nikt i nikt też nawet nie próbował, choć wystarczyło jedynie dostać się do lasu przez dziurę w parkanie ukrytej za cisem w dzikiej części ogrodu.

Jednak tym razem stało się coś, czego nie oczekiwał. Z oddali usłyszał nikły głos ginący w dziczy leśnej, jakby niesiony echem echa prześlizgnął się po liściach i na zmęczonym bezdechu miał jedynie zasygnalizować zbliżającego się intruza.

Baek wsłuchiwał się w te gasnące, nieznane mu odgłosy, uniósł się do siadu i spojrzał pytająco na Anastazję, która w jego oczach wydawała się równie zaskoczona co on.

Ktoś go wołał.

- Wybacz, Anastazjo, muszę wracać – powiedział, kiedy pośpiesznie zrywał się na równe nogi. To nie tak, że był przestraszony, raczej podekscytowany. Nikt nigdy go nie wołał, więc zastanawiał się, co to mogło oznaczać, co musiało się wydarzyć, że ktoś zwrócił na niego uwagę. Nawet nie umiał sobie wyobrazić żadnej takiej sytuacji, nie miał żadnych pomysłów. Po prostu biegł przed siebie do źródła tajemniczego głosu. Napędzała go ciekawość i paląca go w płuca ekscytacja, która wyprzedzała oddech i pozostawiała po sobie zmęczenie. Cóż, sprint był ponad możliwości jego kruchego ciała. Zwolnił dopiero wtedy, kiedy zobaczył na horyzoncie majaczącą się sylwetkę. Nie musiał nawet podchodzić, by wiedzieć, kim była tajemnicza osoba. Wendy. Jej błękitna sukienka stała się niemal znakiemrozpoznawalnym.

Pomachał jej radośnie, na co ona jedynie podparła ręce na biodrach i pokręciła głową z dezaprobatą. Ponagliła go gestem dłoni i kiedy w końcu do niej dotarł, uderzyła go w tył głowy.

- Zginiesz, jeśli jeszcze raz znikniesz bez słowa.

- Daj spokój, nikt nawet nie zauważył. – Przewrócił oczami, po czym pomógł dziewczynie ominąć pokrzywy i przejść przez małą dziurę w ogrodzeniu.

Kiedy był mały, pęknięcie wydawało się jakieś większe, teraz ledwo się przez nie przeciskał. I choć to on zwyczajnie urósł, wolał wmawiać sobie, że to dziura maleje z czasem, by w końcu zniknąć całkowicie i odciąć jego realny świat od tego magicznego. Musiał jedynie zdecydować, w którym wolałby spędzić wieczność, a wybór był przecież z góry przesądzony.

- Dziś wraca pani Byun – oznajmiła, kiedy tylko opuścili gąszcz i wyszli na ogrodową ścieżkę.

- A już myślałem, że zainteresowałaś się mną, bo mnie lubisz – mruknął z udawanym niezadowoleniem. Spojrzał kątem oka na zmieszaną dziewczynę, po czym rzucił, że żartował, by ją uspokoić.

Wendy była naprawdę miłą dziewczyną. Pracowała u jego ciotki od dwóch lat. Po śmierci ojca to ona musiała utrzymywać swoją niepełnosprawną matkę i brata, który był jeszcze małym brzdącem nierozumiejącym jak funkcjonuje świat. To musiało być ciężkie. Baekhyun współczuł jej od dnia, w którym pierwszy raz ją zobaczył. Drobna, zarumieniona nastolatka o twarzy obsianej piegami stanęła w głównym holu i nieśmiało przenosiła ciężar z nogi na nogę. Nie do końca wiedziała co ze sobą zrobić, a jej onieśmielenie pozwalało jedynie na ukradkowe spojrzenia w stronę zabieganej służby. W szczupłych, białych palcach zaciskała mocno podróżną torbę. Wyróżniała się. To tak, jakby delikatny, roztrzęsiony kot wstąpił w szeregi wilczej watahy i naraz kazano mu się stać jednym z nich. Czekało ją sporo pracy.

- Cześć. – Baekhyun był pierwszą osobą, która się do niej odezwała. Podszedł do niej i spojrzał na kosmyki złotawych włosów niezdarnie opadające na jej białe czoło. Zawijały się falą przy jej drobnym, kształtnym uchu i opadały kaskadami na smukłe ramiona. Już wtedy w jego oczach była piękna.

Dziewczyna spojrzała na niego spod krótkich rzęs i zarumieniła się wściekle.

- Hej – burknęła i ze zdenerwowania zaczęła się bawić swoją torbą.

- Jesteś tu nowa, prawda?

Blondynka pokiwała głową, po czym odwróciła ją w bok, chcąc uniknąć przenikliwego spojrzenia chłopaka.

- Jestem Baekhyun – kontynuował. – W zasadzie to Byun Baekhyun, ale wystarczy samo Baek. To znaczy, nikt nigdy mnie tak jeszcze nie nazwał, ale bardzo bym tego chciał, więc jeśli chcesz, to możesz się tak do mnie zwracać.

- Son Seung Wan. – Dziewczyna wyciągnęła pospiesznie swoją dłoń i czekała chwilę, aż chłopak ją uściśnie. Ten, zaskoczony, zrobił to dopiero po kilku zdezorientowanych mrugnięciach.

- Seung Wan. Całkiem w porządku. Wannie, Wanah, nie wiem – mówił bardziej do siebie niż do niej. – Słuchaj, nie chciałaś mieć nigdy innego imienia? I to nie tak, że twoje jest złe! Po prostu – zawahał się – po prostu lubię imiona.

Seung zastanowiła się przez chwilę i zaprzeczyła głową. Baek wydawał się zawiedziony.

- A jest jakieś, które ci się podoba?

- Wendy – odparła po chwili namysłu.

- Więc niech będzie, Wendy. Miło mi cię poznać. – Rzucił jej radosne spojrzenie, a ona obdarowała go najszczerszym uśmiechem.

- Mi ciebie też, Baek.

Od tamtej pory wiele się zmieniło. Wendy, choć na początku nieśmiała i zagubiona, stała się odważną, pracowitą dziewczyną, która doskonale sobie radziła w nowym środowisku. Szybko zaakceptowała swój los, dojrzała i stała się podporą dla swojej rodziny. Od czasu do czasu zamieniała z Baekiem kilka zdań czy uśmiechów, ale nigdy nawet nie spojrzeli na siebie jak na potencjalnych przyjaciół. Byli serdecznymi znajomymi, nic więcej.

I może to było tak dramatyczne w ich relacji. Choć obydwoje potrzebowali wsparcia, kogokolwiek obok, nie potrafili do siebie dotrzeć, zmienić toru ich znajomości. Obijali się o siebie jak bule, z cichym stuknięciem odrzucali w przeciwne strony. Nigdy nie myśleli o tym, dlaczego się tak dzieje i nie postanawiali niczego zmieniać, bo im mocniej próbowali, tym dalej od celu się znaleźli.

- Dlaczego tak nagle wraca? – zapytał, bo przyjazd jego ciotki planowany był dopiero na za miesiąc.

- Państwo Park zapowiedzieli wizytę.

Baekhyun przytaknął tylko, choć w środku czuł zniesmaczenie. Pomijając fakt, jak dużą niechęcią darzył rodzinę Parków, przez cały ich pobyt nie będzie mógł wymknąć się do lasu. Ciotka dopilnuje, by wpasował się w tę sztywną doktrynę spotkań towarzyskich i przypomni jak bardzo bolą policzki po kilku godzinach firmowego uśmiechu.

- Kiedy?

- Jutro.

Cudownie. Jutro miały być urodziny Anastazji.

*

Ciotka Baekhyuna przyjęła go pod swój dach, kiedy po śmierci matki, ojciec udał się w delegację i już nigdy z niej nie wrócił. Prawdopodobnie znalazł sobie tam inną kobietę i założył rodzinę, ale taką naprawdę idealną, kochającą się rodzinę. Nie taką jak ta Byunów.

Baek zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby ojciec wziął go wtedy ze sobą. Może miałby teraz rodzeństwo, którym mógłby się opiekować i macochę, która co prawda nigdy nie zastąpiłaby mu matki, ale opiekowałaby się nim i otaczała rodzinną troską. I bardzo mocno pragnął tego kompletnie nieznanego mu ciepła.

Ciepło było jego kolejnym marzeniem.

Do tej pory czuł jakby zima panowała wiecznie. Zimna skóra, ciało, spojrzenia, atmosfera, słowa, relacje. Zimne wszystko i przede wszystkim - zimna ciotka. Baek starał się ją ukochać niejednokrotnie, ale była to kobieta niemal wykuta z kamienia, a może nawet z lodu. Wszelkie gorączkowe próby dotarcia do niej gasiła zwykle przelotnym spojrzeniem. A Baek bardzo chciał być czyjś, chciał gdzieś należeć, bo do tej pory był jedynie bezdomnym, bezpańskim, bezwszystkim marzycielem. I nikt nie dał mu nawet nikłej szansy tego zmienić.

Wyglądając za okno zauważył zatrzymujący się na podjeździe Rolls-Royce Phantom, z którego chwilę później wysiadł niski szofer o wyjątkowo odstającym brzuchu. Płynnym, niemal wyuczonym gestem otworzył drzwi słynnej rodzinie Park. Baek automatycznie przełknął ślinę, by razem z nią pozbyć się ciążącego mu stresu, ale niewiele to pomogło. Rodzina Park ciągle była tak samo przerażająca, a on tak samo zlękniony.

W tym samym momencie do pokoju weszła Wendy, która pociągnęła chłopaka na środek pokoju, by „obejrzeć go w dobrym świetle", obrócić parę razy i przestudiować wzrokiem od czubków wypastowanych butów po ostatni niewylakierowany włosek, odstający od jego perfekcyjnej fryzury.

- No no, wyglądasz zaskakująco przyzwoicie.

- Dzięki. Ale i tak chyba wolałbym już walczyć z tygrysem-mutantem niż wyjść z tego pokoju i zmierzyć się z Parkami.

Jeszcze raz przejrzał się w lusterku, poprawił kołnierz koszuli i spojrzał na podenerwowaną dziewczynę stojącą za nim. To był chyba pierwszy raz, kiedy miała mieć do czynienia z tak wpływową rodziną. Widząc jak nerwowo bawi się palcami i stara się nie rozpłakać, posłał jej kojący uśmiech. Wiedział, że musi stać się pewny siebie, by dodać jej odwagi i to w pewien sposób uratowało go tego wieczoru. Chęć bronienia Wendy posłała stres w wieczną niepamięć, dlatego trzymając ją za dłoń zszedł na parter, gdzie spotkał swoją ciotkę. Automatycznie puścił dziewczynę i ruchem głowy kazał jej dołączyć do stojącej niedaleko drzwi służby. Sam podszedł do swojej prawnej opiekunki i przystanął obok, prostując się nieznacznie.

Ich spotkania zwykle ograniczały się do minimum. Baek starał się jej nie wchodzić w drogę, a tej nawet na tym nie zależało. Ogółem – nie zależało jej na niczym, prócz pracy i dobrego mienia rodziny Byunów.

- Spóźniłeś się – rzuciła chłodno, nawet na niego nie patrząc.

Wyglądała na bardziej spiętą niż zazwyczaj. Kok na jaj głowie był jakoś ciaśniej zaczesany, ołówkowa garsonka chłodna aż do powagi, oczy puste, skupione w jednym miejscu – w mahoniowych drzwiach.

Baekhyun nie odpowiedział. Stał obok niej i choć przerastał ją o głowę, czuł się jakoś dziwnie mały.

Ona zawsze taka była. Zimna, nieczuła, swoją pewnością siebie potrafiła onieśmielić całe towarzystwo. W pewnym sensie chciał być taki jak ona – niezależny, zaradny, odporny na wszystkie zaczepki życia. Byłoby łatwiej. Nie musiałby uciekać w świat wyobraźni.

Świadomość swojej beznadziejności wpędziła go w podły nastrój.

Drzwi otworzyły się na oścież. Służący opuścili głowy, Baekhyun również to zrobił, choć w istocie nie powinien. Czując, że może później dostać za to reprymendę, uniósł wzrok i spojrzał na państwo Park, które wymieniało się uprzejmościami z ciotką.

- Baekhyun – ponagliła go z uśmiechem.

Chłopak ukłonił się i serdecznie powitał gości. Później spojrzał na wysokiego chłopaka, który stał za ich plecami i czekał na swoją kolej. Wyglądał całkiem inaczej niż kilka lat temu. Urósł, uszy zrobiły mu się jakoś bardziej odstające, a uśmiech szelmowski. Baek pamiętał Chanyeola jako pulchnego, pryszczatego okularnika chodzącego wszędzie ze swoją fretką. Jak ona miała na imię? Marlyn? Nana? Nie.

Bessie Wallis Simpson, po kochance księcia Edwarda VIII. Chłopak był absolutnie zafascynowany ich historią i przysięgał na wszystko co miał, ma i będzie miał, że jeszcze kiedyś znajdzie swoją Wallis, dla której poświęci wszystko. To było jego marzenie i Baek nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego tak bardzo mu na tym zależy.

- Cześć. – Jego głos też nabrał dziwnej głębi. Aż poczuł dziwne dreszcze wzdłuż kręgosłupa.

- Hej. – Wymienili się uściskiem dłoni.

To nie tak, że Baek go nie lubił. W odróżnieniu od reszty Parków, Chanyeol był mu zupełnie obojętny, ale tak naprawdę, naprawdę obojętny. Nieważne czy by tu był czy nie, dla Baekhyuna nie miałoby to większego znaczenia. Może to niemiłe, ale po prostu tak było. Rozmawiali ze sobą, bo nie mieli wyboru. Obydwoje z kompletnie różnych wszechświatów, spotykali się na tę jedną krótką chwilę, by omówić parę formalności. A raczej nie oni, a ich opiekunowie. Nic więcej.

- Nic się nie zmieniłeś przez te kilka lat – uznał.

- Chyba nie mogę powiedzieć tego samego o tobie. – Baekhyun teatralnie zmierzył go wzrokiem, po czym obydwoje zaśmiali się lekko.

- No tak, odrobinę urosłem.

- Odrobinę?

- Odrobinę bardzo.

Po uprzejmym powitaniu w holu, pani Byun zaprosiła wszystkich do jadalni, gdzie miała odbyć się uroczysta kolacja. Stół był zastawiony drogą porcelaną i przyozdobiony srebrnymi świecznikami. W tle leciała nastrojowa muzyka, która była zapewne pomysłem służby aniżeli życzeniem pani prezes. Dlatego też niemo kazała Wendy ją wyłączyć. Zapanowała krępująca cisza. Baekhyun nie wiedział, czy ciotka zdawała sobie z tego sprawę, ale jako jedyna zdawała się być nieprzejęta.

Wszyscy usiedli na swoich miejscach. Jedna rodzina naprzeciwko drugiej. Służba podała przystawki i cicho wróciła do kuchni.

Jedli w ciszy. Baek nie zamierzał zagajać rozmowy. Nie wiedział nawet, czy ma do tego prawo. Bez instrukcji ciotki czuł się zagubiony w jej świecie. Spojrzał na Chanyeola, który spokojnie konsumował posiłek. Wpatrywał się jedynie w talerz, poruszał się niemal bezgłośnie. Jego też tu tak naprawdę nie było.

- Krem słabo doprawiony – odezwała się pani Park. – Chciałabym później zamienić kilka słów z szefem kuchni.

- Pozwól, że sama to załatwię. – Ton głosu pani prezes był niezachwianie monotonny. Zaczęła sprawiać wrażenie znudzonej.

- Nie wydaje mi się, aby to pomogło. – Matka Chanyeola była nieustępliwa.

Baek jej nie rozumiał. Krem smakował wyśmienicie, nawet lepiej niż zazwyczaj. Być może się na tym nie znał, ale naprawdę nie miał kucharzowi nic do zarzucenia. Dopiero później uświadomił sobie, że rodzina Parków była zwyczajnie wyczulona. W końcu mieli w posiadaniu jedną z najsłynniejszych restauracji.

Ostatecznie pani prezes ustąpiła, a służba przyniosła danie główne.

Dalsza część kolacji polegała głównie na omawianiu biznesowych spraw. Nie można było dostrzec tu nawet cienia przyjacielskich relacji. Chodziło głównie o zysk i było to czuć nawet w powietrzu. Baekhyun miał nadzieję, że to tylko początkowe, bo ta sztywność zaczynała go zwyczajnie męczyć. Ile razy jeszcze będzie musiał udawać, że interesują go interesy ciotki, podczas gdy nie miał o nich żadnego pojęcia? Nie był nawet spadkobiercą. Wychowano go jak przygarniętego z ulicy psa, aniżeli część rodziny. Wiedział jedynie, że ciotka wspiera młodych artystów, że jest szanowanym mecenasem sztuki, posiada jakiś luksusowy hotel i teatr, ale szczegółów nie znał żadnych. Był niemalże zamknięty w rezydencji. Nie miał kontaktu z zewnętrznym światem i nie wiedział nic, co się dzieje poza lasem.

Myślał o tym naprawdę gorączkowo, popadając w coraz to większe przygnębienie. Po raz kolejny uświadomił sobie, jak mocno jest skrępowany i jak bardzo ograniczono jego wolność. Jedyną drogą do nieskończoności była jego wyobraźnia. Tam odwiedzał miejsca, które znał tylko z wodzenia palcem po mapie.

Z tego nagłego ataku bezradności obudziło go dopiero lekkie kopnięcie w goleń. Zmarszczył brwi i spojrzał z wyrzutem na Chanyeola, który starał się stłumić rozbawienie niebezpiecznie drgające na jego ustach. Dopiero wtedy zorientował się, że jest w centrum uwagi, a ciotka w niemym zirytowaniu odłożyła sztućce i spojrzała na niego wymownie.

- Baekhyun – zaczęła i choć spodziewał się nagany, ona kontynuowała spokojnym głosem – Czy zaszczyciłbyś nas swoją grą?

Chłopak rozejrzał się dookoła podenerwowany i niezgrabnie wstał od stołu, by podejść do fortepianu. Usiadł na czarnej, skórzanej ławie i pośpiesznie porozciągał palce. Dawno nie grał, ale wierzył w swoje umiejętności i godziny spędzone przy instrumencie. Wziął głęboki wdech i przymknął powieki. Przywołał obraz jednej z tych samotnych, bezlitosnych nocy, której ciemność przelewała się przez gardło, kotłowała w płucach i zalęgała w nich duszącym smutkiem. Jak dym wyciskała z niego łzy pełne tęsknoty za nieznanym i skupiała całą emocjonalność w opuszkach palców zgrabnie sunących po nagich klawiszach krzyczącego w agonii fortepianu.

Takich nocy nie było wiele, ale doskonale pamiętał każdą z nich. I służba również je pamiętała. Choć przesycona żalem, pełna pasji gra chłopaka zbudzała ze snu niemal każdego pracownika, nikt nie śmiał mu przeszkodzić. Odczuwano w stosunku do niego jakieś dziwne współczucie, jakby ta nieznośna gra na fortepianie mu się należała. Dlatego pokornie znoszono każdą krzykliwą nutę, wyrywającą się z ciszy jak wrzask trzymany na uwięzi zbyt długo, by nie pogryzł właściciela. A ten akurat gryzł wyjątkowo zaciekle. Przez skórę, kości, krew, aż do duszy, którą szarpał i targał po beznadziei o krańcach ostrych jak potłuczone szkło, rozcinające ciało w miejscach najbardziej odsłoniętych, słabych.

Gra Byun Baekhyuna była do granic przejmująca, kradnąca oddech i przypominająca to, co już dawno powinno być zapomniane. Była agresywna, bezlitosna i wytykająca każdy błąd, wadę, niechciane wspomnienie. Słuchając go nie można było nie uronić łzy. Nawet tym razem to, co drzemało w zebranych, już dawno zawirowało w bezwzględnym danse macabre. Ból, cierpienie, grzech, wszystkie wymogi dorosłego świata, ta chciwość i obrzydzająca chęć wyzysku, wszystko to zostało obnażone i wyciągnięte na wierzch.

A Baekhyun ciągle grał. Grał i sam uczestniczył w tej bezwstydnej spowiedzi. Wdychał to, co wypluwali z niesmakiem, a później przeciskał cały jad przez palce, tworząc muzykę tak wstrząsającą, że po zakończeniu występu nikt nie był w stanie wykrztusić nawet słowa.

Odchylił się lekko od instrumentu, dysząc ciężko, bo brakowało mu tchu. Dawno nie grał, dawno też nie wyrzucał z siebie tego, co leżało mu na sercu. Nie był w stanie spojrzeć im po tym wszystkim w twarz. Wydawało mu się, że pokazał im swoją nagość, że odkrył siebie całego i teraz już nic nie będzie takie samo.

Zdziwił się, gdy usłyszał lekko leniwe, pojedyncze owacje, przedzierające się przez chwilę ciągłego otumanienia. Odwrócił głowę w bok, gdzie zobaczył opartego o framugę mężczyznę, patrzącego na niego z żywym uznaniem. Uchylił usta na jego widok i prawie zamarł, bo rozpoznawał w nim kogoś niesamowicie dla siebie ważnego. Znał tę twarz. Znał go.

Widzicie, Baekhyun nie zawsze był niepoprawnym marzycielem. Ba! Niegdyś był zwykłym, nieszczęśliwym chłopcem, który nie potrafił odpowiednio zareagować na to, czym obdarowuje go świat. Ale w pewien niesamowity sposób nawet z tak rozczarowanego i zmarnowanego chłopca narodził się królewicz świata magii, który potrafił oczarować polne kwiaty.

Wyobraźnia odbudowała jego rzeczywistość na nowo. Dostał Anastazję i dostał marzenia. Został żywym Byun Baekhyunem, a nie wyłącznie jego cieniem. Został najprawdziwszym królem.

Oczywiście, nie doszedłby do tego sam. Miał to szczęście, że pewnego razu spotkał anioła, a przynajmniej Aniołem zwykł go nazywać. Gdyby nie on, Baekhyun ciągle byłby samotnym, opuszczonym chłopcem, który plątał się jak duch po korytarzach zimowej rezydencji ciotki.

A wszystko zaczęło się od tego, że Baek wypędzony ze swojego pokoju przez służbę, która zamierzała przeprowadzić generalne porządki, udał się na spacer. Nie lubił godziny sprzątania. Zawsze musiał wówczas opuszczać bezpieczne ściany swojego małego zakątka i znaleźć sobie gdzieś tymczasowe miejsce dla jego cichej egzystencji. Zazwyczaj była to biblioteka, ale coś skłoniło go, by tym razem było inaczej. Gorąc jaki otulił jego po wyjściu z rezydencji, najpierw go zniechęcił i zmusił do odwrotu, ale chwilę później przechadzał się ścieżkami ogrodu pani Byun. Nie miał konkretnego celu, chciał jedynie pozwiedzać miejsce, w którym istniał.

Nie czuł się swojo w użytkowanej części posiadłości przez spojrzenia pracujących tam ogrodników, więc usunął się do tej dzikiej strony, na północy. Widać było, że kiedyś dotknęła ją ogrodnicza ręka ze względu na wyznaczone ścieżki, stare ławki i przerośnięte rośliny, lecz wszystko zdziczało i uległo korozji. Całe to miejsce wydawało się raczej opuszczone i to tak urzekło Baekhyuna. Opuszczony chłopiec idealnie wpisywał się w opuszczony ogród.

Przez jakiś czas to właśnie tam przebywał. Poznawał to miejsce i z każdym dniem odkrywał jego perełki, jak sucha fontanna, czy orzęsione oczko wodne. Zacierające się ścieżki zaczęły wyglądać na użytkowane, a niektóre róże nabrały swojego blasku, gdyż po zaczerpnięciu teoretycznej wiedzy, sam zaczął się nimi opiekować.

W ogrodzie trwał, dopóki nie odnalazł dziury w parkanie. Pchnięty ciekawością przekroczył mury rezydencji i wkroczył w całkowicie obcy mu świat. W las. Przez ostatnie miesiące zdołał bezpowrotnie i z pasją pokochać naturę, dlatego czuł się tu nawet lepiej niż we własnym pokoju.

Zauważył wydreptane ścieżki i postanowił się ich trzymać. Tym sposobem dotarł na dużą polanę, na której zauważył śpiącego chłopaka. Jego Anioła. Leżał oparty o wielki głaz, który nie wiadomo jak się tam znalazł. Ale magicznym sposobem był, trwał i zapisywał historię młodych ludzi, którzy splątani przeznaczeniem mieli się znaleźć właśnie tam i właśnie wtedy.

Baekhyun z bijącym sercem podszedł do nieznajomego i zauważył książkę w jego szczupłej, niemal białej dłoni. Czytał Makbeta. To do niego pasowało. Przyglądał się przez chwilę jego twarzy pogrążonej we śnie. Przydługawe rude włosy opadały mu na czoło, delikatne usta rozchyliły się lekko, a na policzki wstąpił rumieniec. Było gorąco, a on spał w słońcu.

To niebezpieczne, pomyślał, po czym bez chwili zastanowienia postanowił go obudzić. Trącił jego ramię raz, a kiedy się nie budził, uderzył go mocniej. Lekko zaniepokojony brakiem reakcji zaczął panikować, lecz na szczęście chłopak uchylił powieki i spojrzał na niego zdezorientowany.

To była ta chwila, w której Baekhyun zarejestrował, że czekoladowe oczy są jego ulubionymi.

- Cześć – odezwał się na wpół sennym głosem, przeczesując dłonią włosy. – Kim ty-

- Spałeś na słońcu, to niebezpieczne. Mógłbyś dostać udaru lub jakichś poparzeń, wiesz. Lepiej by było, gdybyś poszedł do cienia – tłumaczył Baek, nieco spanikowanym głosem. Jego serce biło niemiłosiernie szybko. Sam nie do końca rozumiał, skąd się wzięło to nagłe zdenerwowanie.

Rudzielec się jedynie zaśmiał.

- W takim razie tak zrobię, dziękuję. – Wstał, otrzepał niewidoczny pył ze swoich granatowych spodenek, po czym wyciągnął przed siebie dłoń. - Jestem Sehun.

Chłopiec spojrzał niepewnie na jego rękę, by chwilę później podać mu swoją.

- Baekhyun. Nazywam się Byun Baekhyun.

To było dziwne przeżycie. Jeszcze nigdy sam nikogo nie poznał. To była pierwsza osoba wykluczona ze śmietanki towarzyskiej jego ciotki, z którą mógłby się zakolegować. I to tak prawdziwie, bez jakiejkolwiek sztuczności.

- Cześć, Baekhyun. – Uśmiechnął się łagodnie i obdarzył go kojącym spojrzeniem. – Co tak właściwie tutaj robisz?

- Ja... sam nie wiem. Spacerowałem – mruknął nieśmiało, sam nie wiedząc, co powiedzieć, by nowopoznany chłopak go polubił.

- Tak się składa, że ja też – przyznał. – To bardzo miłe miejsce do odpoczynku, wiesz? Podobno są tutaj wróżki.

- Wróżki? – Blondyn zadarł głowę do góry, by ze strachem w oczach spojrzeć na wyższego.

- Co jest? Boisz się wróżek? – Śmiech Sehuna był dźwięczny i lekki. Swoją beztroską stawał się niemal jednością z otaczającym go światem.

Baek pokiwał niepewnie głową i rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu jakichś podstępnych stworzeń.

- Dlaczego boisz się wróżek? Przecież wróżki są dobre!

- Pewnie przypominają pszczoły, a ja boję się pszczół – wyznał. – No i wróżki mają magiczne moce, mogłyby mnie zabić, jeśli by tylko tego chciały. Co jeśli jakąś zdenerwuję?

Sehun pokręcił głową z dezaprobatą.

- Ale ty też masz magiczną moc, Baekhyun. – Schylił się lekko, by na niego spojrzeć. Był od niego znacznie wyższy i zapewne też starszy. – O tutaj. – Stuknął palcem w jego skroń, po czym na nowo się wyprostował i posłał osłupiałemu Baekhyunowi kolejny uśmiech.

Mniejszy dotknął swojej głowy we wskazanym miejscu i zdawał się nie rozumieć.

- Tutaj? – powtórzył i starał się poczuć w sobie jakiś magiczny pierwiastek. – Czy ja czytam w myślach albo coś takiego?

- Nie, oczywiście, że nie... Chyba. – Rudzielec zdawał się całkiem dobrze bawić. – Twoja wyobraźnia. To jest twoja najsilniejsza broń.

- I to tyle? – Baek zdawał się być rozczarowany.

- To AŻ tyle – podkreślił. – Spójrz. Widzisz ten głaz? Jak myślisz, skąd się tu wziął?

- Nie wiem, nie mam pojęcia.

- No to wymyśl coś.

- Przytachał go tutaj jakiś wielki mamut. – Czuł zażenowanie. Chyba nie mógł wpaść na nic głupszego.

- Mów dalej – zachęcał go.

- W tym miejscu umarła jego ukochana córeczka. Był tak smutny, że odprawił jej pogrzeb. Pierwszy pogrzeb we wszechświecie. Przychodził tu codziennie i płakał swoimi mamutowymi łzami, by w końcu również tutaj umrzeć. Widzisz tą małą górkę obok? To on.

Sehun wyglądał na usatysfakcjonowanego.

- Jesteś całkiem bystry. Ile masz lat?

- Trzynaście.

- Całe magiczne życie przed tobą. Jeszcze trochę poćwiczysz i może uda Ci się stać księciem jakiejś części lasu.

- A ty jesteś księciem?

- Jestem królem – poprawił go. – Królem całej zachodniej części.

Baek rozejrzał się dookoła i delikatnie mówiąc, był pod wrażeniem. Sehun był niesamowity. Trochę dziwaczny, totalnie pokręcony, ale polubił go. W sumie ciężko było go nie lubić, gdy tak pięknie się uśmiechał.

- Chciałbyś mieć swoją własną polanę?

- Tak.

- Więc chodź za mną. Jako dobry król oddam Ci trochę mojej ziemi.

Sehun zaprowadził go w miejsce oddalone jakieś pięć minut od jego Polany Wróżek. Szli utartymi ścieżkami i gdy doszli na miejsce, niemal nie posiadał się z zachwytu.

Polana była mniejsza niż ta poprzednia. Rosło na niej wiele kwiatów, a jedną z jej granic wyznaczała okoliczna rzeka, która tutaj była jedynie strumieniem. W pobliżu rosła całkiem duża wierzba płacząca. Tak jak głaz kompletnie niepasująca do reszty scenerii.

- W głazy zaklęte są dusze nieszczęśliwie zakochanych, w wierzby - dusze nigdy nie kochanych.

Od tamtej pory Baekhyun już nigdy nie widział swojego Anioła. Po tym jak zasadził w jego świadomości nadludzki dar wyobraźni i ofiarował mu kawałek lasu, zniknął. Jakby nigdy nie istniał i tylko na chwilę rozbłysnął, by rozjaśnić Baekhyunowi jego ponury świat.

Przez cztery następne lata Baek odwiedzał Polanę Wróżek i ani razu nie spotkał tam ani jednej. Pory roku zmieniały się jak w kalejdoskopie, a głaz pozostał nienaruszony. Był jedyną stałością we wspomnieniu o spotkaniu z Aniołem, więc kiedy w tajemniczy sposób zniknął, chłopak poczuł, że powoli znika i wspomnienie o Aniele, którego uparcie się trzymał.

Zacierało się coraz bardziej każdego dnia, bladło i zmierzało ku pozostaniu czystą biała kartką, gotową do ponownego zapisania. Baekhyun bał się, że Sehun zniknie, tak jak znikły jego rumieńce na policzkach i rozpromienione spojrzenie, ale pojawił się znowu.

Stał przed nim i wpatrywał w niego z nieukrywanym zachwytem.

Objawienie. Nie umiał tego inaczej nazwać. Sehun objawił mu się po raz drugi i tak jak za pierwszym razem, wydawał się równie nierealny, wyciągnięty z ram rzeczywistości.


Absolutnie niesamowity.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz