A z wszystkich aniołów na świecie, to ty byłeś tym
najpiękniejszym.
Skryty w liściach nigdy nie sądził, że światu uda mu się z
nim jakoś skontaktować. W jego kryjówce nie mógł znaleźć go nikt i nikt też
nawet nie próbował, choć wystarczyło jedynie dostać się do lasu przez dziurę w
parkanie ukrytej za cisem w dzikiej części ogrodu.
Jednak tym razem stało się coś, czego nie oczekiwał. Z
oddali usłyszał nikły głos ginący w dziczy leśnej, jakby niesiony echem echa
prześlizgnął się po liściach i na zmęczonym bezdechu miał jedynie
zasygnalizować zbliżającego się intruza.
Baek wsłuchiwał się w te gasnące, nieznane mu odgłosy,
uniósł się do siadu i spojrzał pytająco na Anastazję, która w jego oczach
wydawała się równie zaskoczona co on.
Ktoś go wołał.
- Wybacz, Anastazjo, muszę wracać – powiedział, kiedy
pośpiesznie zrywał się na równe nogi. To nie tak, że był przestraszony, raczej
podekscytowany. Nikt nigdy go nie wołał, więc zastanawiał się, co to mogło
oznaczać, co musiało się wydarzyć, że ktoś zwrócił na niego uwagę. Nawet nie
umiał sobie wyobrazić żadnej takiej sytuacji, nie miał żadnych pomysłów. Po
prostu biegł przed siebie do źródła tajemniczego głosu. Napędzała go ciekawość
i paląca go w płuca ekscytacja, która wyprzedzała oddech i pozostawiała po
sobie zmęczenie. Cóż, sprint był ponad możliwości jego kruchego ciała. Zwolnił
dopiero wtedy, kiedy zobaczył na horyzoncie majaczącą się sylwetkę. Nie musiał
nawet podchodzić, by wiedzieć, kim była tajemnicza osoba. Wendy. Jej błękitna
sukienka stała się niemal znakiemrozpoznawalnym.
Pomachał jej radośnie, na co ona jedynie podparła ręce na
biodrach i pokręciła głową z dezaprobatą. Ponagliła go gestem dłoni i kiedy w
końcu do niej dotarł, uderzyła go w tył głowy.
- Zginiesz, jeśli jeszcze raz znikniesz bez słowa.
- Daj spokój, nikt nawet nie zauważył. – Przewrócił oczami,
po czym pomógł dziewczynie ominąć pokrzywy i przejść przez małą dziurę w
ogrodzeniu.
Kiedy był mały, pęknięcie wydawało się jakieś większe, teraz
ledwo się przez nie przeciskał. I choć to on zwyczajnie urósł, wolał wmawiać
sobie, że to dziura maleje z czasem, by w końcu zniknąć całkowicie i odciąć
jego realny świat od tego magicznego. Musiał jedynie zdecydować, w którym
wolałby spędzić wieczność, a wybór był przecież z góry przesądzony.
- Dziś wraca pani Byun – oznajmiła, kiedy tylko opuścili
gąszcz i wyszli na ogrodową ścieżkę.
- A już myślałem, że zainteresowałaś się mną, bo mnie lubisz
– mruknął z udawanym niezadowoleniem. Spojrzał kątem oka na zmieszaną
dziewczynę, po czym rzucił, że żartował, by ją uspokoić.
Wendy była naprawdę miłą dziewczyną. Pracowała u jego ciotki
od dwóch lat. Po śmierci ojca to ona musiała utrzymywać swoją niepełnosprawną
matkę i brata, który był jeszcze małym brzdącem nierozumiejącym jak funkcjonuje
świat. To musiało być ciężkie. Baekhyun współczuł jej od dnia, w którym pierwszy
raz ją zobaczył. Drobna, zarumieniona nastolatka o twarzy obsianej piegami
stanęła w głównym holu i nieśmiało przenosiła ciężar z nogi na nogę. Nie do
końca wiedziała co ze sobą zrobić, a jej onieśmielenie pozwalało jedynie na
ukradkowe spojrzenia w stronę zabieganej służby. W szczupłych, białych palcach
zaciskała mocno podróżną torbę. Wyróżniała się. To tak, jakby delikatny,
roztrzęsiony kot wstąpił w szeregi wilczej watahy i naraz kazano mu się stać
jednym z nich. Czekało ją sporo pracy.
- Cześć. – Baekhyun był pierwszą osobą, która się do niej
odezwała. Podszedł do niej i spojrzał na kosmyki złotawych włosów niezdarnie
opadające na jej białe czoło. Zawijały się falą przy jej drobnym, kształtnym
uchu i opadały kaskadami na smukłe ramiona. Już wtedy w jego oczach była
piękna.
Dziewczyna spojrzała na niego spod krótkich rzęs i
zarumieniła się wściekle.
- Hej – burknęła i ze zdenerwowania zaczęła się bawić swoją
torbą.
- Jesteś tu nowa, prawda?
Blondynka pokiwała głową, po czym odwróciła ją w bok, chcąc
uniknąć przenikliwego spojrzenia chłopaka.
- Jestem Baekhyun – kontynuował. – W zasadzie to Byun
Baekhyun, ale wystarczy samo Baek. To znaczy, nikt nigdy mnie tak jeszcze nie
nazwał, ale bardzo bym tego chciał, więc jeśli chcesz, to możesz się tak do
mnie zwracać.
- Son Seung Wan. – Dziewczyna wyciągnęła pospiesznie swoją
dłoń i czekała chwilę, aż chłopak ją uściśnie. Ten, zaskoczony, zrobił to
dopiero po kilku zdezorientowanych mrugnięciach.
- Seung Wan. Całkiem w porządku. Wannie, Wanah, nie wiem –
mówił bardziej do siebie niż do niej. – Słuchaj, nie chciałaś mieć nigdy innego
imienia? I to nie tak, że twoje jest złe! Po prostu – zawahał się – po prostu
lubię imiona.
Seung zastanowiła się przez chwilę i zaprzeczyła głową. Baek
wydawał się zawiedziony.
- A jest jakieś, które ci się podoba?
- Wendy – odparła po chwili namysłu.
- Więc niech będzie, Wendy. Miło mi cię poznać. – Rzucił jej
radosne spojrzenie, a ona obdarowała go najszczerszym uśmiechem.
- Mi ciebie też, Baek.
Od tamtej pory wiele się zmieniło. Wendy, choć na początku
nieśmiała i zagubiona, stała się odważną, pracowitą dziewczyną, która doskonale
sobie radziła w nowym środowisku. Szybko zaakceptowała swój los, dojrzała i
stała się podporą dla swojej rodziny. Od czasu do czasu zamieniała z Baekiem
kilka zdań czy uśmiechów, ale nigdy nawet nie spojrzeli na siebie jak na
potencjalnych przyjaciół. Byli serdecznymi znajomymi, nic więcej.
I może to było tak dramatyczne w ich relacji. Choć obydwoje
potrzebowali wsparcia, kogokolwiek obok, nie potrafili do siebie dotrzeć,
zmienić toru ich znajomości. Obijali się o siebie jak bule, z cichym
stuknięciem odrzucali w przeciwne strony. Nigdy nie myśleli o tym, dlaczego się
tak dzieje i nie postanawiali niczego zmieniać, bo im mocniej próbowali, tym
dalej od celu się znaleźli.
- Dlaczego tak nagle wraca? – zapytał, bo przyjazd jego
ciotki planowany był dopiero na za miesiąc.
- Państwo Park zapowiedzieli wizytę.
Baekhyun przytaknął tylko, choć w środku czuł zniesmaczenie.
Pomijając fakt, jak dużą niechęcią darzył rodzinę Parków, przez cały ich pobyt
nie będzie mógł wymknąć się do lasu. Ciotka dopilnuje, by wpasował się w tę
sztywną doktrynę spotkań towarzyskich i przypomni jak bardzo bolą policzki po
kilku godzinach firmowego uśmiechu.
- Kiedy?
- Jutro.
Cudownie. Jutro miały być urodziny Anastazji.
*
Ciotka Baekhyuna przyjęła go pod swój dach, kiedy po śmierci
matki, ojciec udał się w delegację i już nigdy z niej nie wrócił.
Prawdopodobnie znalazł sobie tam inną kobietę i założył rodzinę, ale taką naprawdę
idealną, kochającą się rodzinę. Nie taką jak ta Byunów.
Baek zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby
ojciec wziął go wtedy ze sobą. Może miałby teraz rodzeństwo, którym mógłby się
opiekować i macochę, która co prawda nigdy nie zastąpiłaby mu matki, ale
opiekowałaby się nim i otaczała rodzinną troską. I bardzo mocno pragnął tego
kompletnie nieznanego mu ciepła.
Ciepło było jego kolejnym marzeniem.
Do tej pory czuł jakby zima panowała wiecznie. Zimna skóra,
ciało, spojrzenia, atmosfera, słowa, relacje. Zimne wszystko i przede wszystkim
- zimna ciotka. Baek starał się ją ukochać niejednokrotnie, ale była to kobieta
niemal wykuta z kamienia, a może nawet z lodu. Wszelkie gorączkowe próby
dotarcia do niej gasiła zwykle przelotnym spojrzeniem. A Baek bardzo chciał być
czyjś, chciał gdzieś należeć, bo do tej pory był jedynie bezdomnym, bezpańskim,
bezwszystkim marzycielem. I nikt nie dał mu nawet nikłej szansy tego zmienić.
Wyglądając za okno zauważył zatrzymujący się na podjeździe
Rolls-Royce Phantom, z którego chwilę później wysiadł niski szofer o wyjątkowo
odstającym brzuchu. Płynnym, niemal wyuczonym gestem otworzył drzwi słynnej
rodzinie Park. Baek automatycznie przełknął ślinę, by razem z nią pozbyć się
ciążącego mu stresu, ale niewiele to pomogło. Rodzina Park ciągle była tak samo
przerażająca, a on tak samo zlękniony.
W tym samym momencie do pokoju weszła Wendy, która
pociągnęła chłopaka na środek pokoju, by „obejrzeć go w dobrym świetle",
obrócić parę razy i przestudiować wzrokiem od czubków wypastowanych butów po
ostatni niewylakierowany włosek, odstający od jego perfekcyjnej fryzury.
- No no, wyglądasz zaskakująco przyzwoicie.
- Dzięki. Ale i tak chyba wolałbym już walczyć z
tygrysem-mutantem niż wyjść z tego pokoju i zmierzyć się z Parkami.
Jeszcze raz przejrzał się w lusterku, poprawił kołnierz
koszuli i spojrzał na podenerwowaną dziewczynę stojącą za nim. To był chyba
pierwszy raz, kiedy miała mieć do czynienia z tak wpływową rodziną. Widząc jak
nerwowo bawi się palcami i stara się nie rozpłakać, posłał jej kojący uśmiech.
Wiedział, że musi stać się pewny siebie, by dodać jej odwagi i to w pewien
sposób uratowało go tego wieczoru. Chęć bronienia Wendy posłała stres w wieczną
niepamięć, dlatego trzymając ją za dłoń zszedł na parter, gdzie spotkał swoją
ciotkę. Automatycznie puścił dziewczynę i ruchem głowy kazał jej dołączyć do
stojącej niedaleko drzwi służby. Sam podszedł do swojej prawnej opiekunki i
przystanął obok, prostując się nieznacznie.
Ich spotkania zwykle ograniczały się do minimum. Baek starał
się jej nie wchodzić w drogę, a tej nawet na tym nie zależało. Ogółem – nie
zależało jej na niczym, prócz pracy i dobrego mienia rodziny Byunów.
- Spóźniłeś się – rzuciła chłodno, nawet na niego nie
patrząc.
Wyglądała na bardziej spiętą niż zazwyczaj. Kok na jaj
głowie był jakoś ciaśniej zaczesany, ołówkowa garsonka chłodna aż do powagi,
oczy puste, skupione w jednym miejscu – w mahoniowych drzwiach.
Baekhyun nie odpowiedział. Stał obok niej i choć przerastał
ją o głowę, czuł się jakoś dziwnie mały.
Ona zawsze taka była. Zimna, nieczuła, swoją pewnością
siebie potrafiła onieśmielić całe towarzystwo. W pewnym sensie chciał być taki
jak ona – niezależny, zaradny, odporny na wszystkie zaczepki życia. Byłoby
łatwiej. Nie musiałby uciekać w świat wyobraźni.
Świadomość swojej beznadziejności wpędziła go w podły
nastrój.
Drzwi otworzyły się na oścież. Służący opuścili głowy,
Baekhyun również to zrobił, choć w istocie nie powinien. Czując, że może
później dostać za to reprymendę, uniósł wzrok i spojrzał na państwo Park, które
wymieniało się uprzejmościami z ciotką.
- Baekhyun – ponagliła go z uśmiechem.
Chłopak ukłonił się i serdecznie powitał gości. Później
spojrzał na wysokiego chłopaka, który stał za ich plecami i czekał na swoją
kolej. Wyglądał całkiem inaczej niż kilka lat temu. Urósł, uszy zrobiły mu się
jakoś bardziej odstające, a uśmiech szelmowski. Baek pamiętał Chanyeola jako
pulchnego, pryszczatego okularnika chodzącego wszędzie ze swoją fretką. Jak ona
miała na imię? Marlyn? Nana? Nie.
Bessie Wallis Simpson, po kochance księcia Edwarda VIII.
Chłopak był absolutnie zafascynowany ich historią i przysięgał na wszystko co
miał, ma i będzie miał, że jeszcze kiedyś znajdzie swoją Wallis, dla której
poświęci wszystko. To było jego marzenie i Baek nigdy nie mógł zrozumieć,
dlaczego tak bardzo mu na tym zależy.
- Cześć. – Jego głos też nabrał dziwnej głębi. Aż poczuł
dziwne dreszcze wzdłuż kręgosłupa.
- Hej. – Wymienili się uściskiem dłoni.
To nie tak, że Baek go nie lubił. W odróżnieniu od reszty
Parków, Chanyeol był mu zupełnie obojętny, ale tak naprawdę, naprawdę obojętny.
Nieważne czy by tu był czy nie, dla Baekhyuna nie miałoby to większego znaczenia.
Może to niemiłe, ale po prostu tak było. Rozmawiali ze sobą, bo nie mieli
wyboru. Obydwoje z kompletnie różnych wszechświatów, spotykali się na tę jedną
krótką chwilę, by omówić parę formalności. A raczej nie oni, a ich opiekunowie.
Nic więcej.
- Nic się nie zmieniłeś przez te kilka lat – uznał.
- Chyba nie mogę powiedzieć tego samego o tobie. – Baekhyun
teatralnie zmierzył go wzrokiem, po czym obydwoje zaśmiali się lekko.
- No tak, odrobinę urosłem.
- Odrobinę?
- Odrobinę bardzo.
Po uprzejmym powitaniu w holu, pani Byun zaprosiła
wszystkich do jadalni, gdzie miała odbyć się uroczysta kolacja. Stół był
zastawiony drogą porcelaną i przyozdobiony srebrnymi świecznikami. W tle
leciała nastrojowa muzyka, która była zapewne pomysłem służby aniżeli życzeniem
pani prezes. Dlatego też niemo kazała Wendy ją wyłączyć. Zapanowała krępująca
cisza. Baekhyun nie wiedział, czy ciotka zdawała sobie z tego sprawę, ale jako
jedyna zdawała się być nieprzejęta.
Wszyscy usiedli na swoich miejscach. Jedna rodzina
naprzeciwko drugiej. Służba podała przystawki i cicho wróciła do kuchni.
Jedli w ciszy. Baek nie zamierzał zagajać rozmowy. Nie
wiedział nawet, czy ma do tego prawo. Bez instrukcji ciotki czuł się zagubiony
w jej świecie. Spojrzał na Chanyeola, który spokojnie konsumował posiłek.
Wpatrywał się jedynie w talerz, poruszał się niemal bezgłośnie. Jego też tu tak
naprawdę nie było.
- Krem słabo doprawiony – odezwała się pani Park. –
Chciałabym później zamienić kilka słów z szefem kuchni.
- Pozwól, że sama to załatwię. – Ton głosu pani prezes był
niezachwianie monotonny. Zaczęła sprawiać wrażenie znudzonej.
- Nie wydaje mi się, aby to pomogło. – Matka Chanyeola była
nieustępliwa.
Baek jej nie rozumiał. Krem smakował wyśmienicie, nawet
lepiej niż zazwyczaj. Być może się na tym nie znał, ale naprawdę nie miał
kucharzowi nic do zarzucenia. Dopiero później uświadomił sobie, że rodzina
Parków była zwyczajnie wyczulona. W końcu mieli w posiadaniu jedną z
najsłynniejszych restauracji.
Ostatecznie pani prezes ustąpiła, a służba przyniosła danie
główne.
Dalsza część kolacji polegała głównie na omawianiu
biznesowych spraw. Nie można było dostrzec tu nawet cienia przyjacielskich
relacji. Chodziło głównie o zysk i było to czuć nawet w powietrzu. Baekhyun
miał nadzieję, że to tylko początkowe, bo ta sztywność zaczynała go zwyczajnie
męczyć. Ile razy jeszcze będzie musiał udawać, że interesują go interesy
ciotki, podczas gdy nie miał o nich żadnego pojęcia? Nie był nawet
spadkobiercą. Wychowano go jak przygarniętego z ulicy psa, aniżeli część
rodziny. Wiedział jedynie, że ciotka wspiera młodych artystów, że jest
szanowanym mecenasem sztuki, posiada jakiś luksusowy hotel i teatr, ale
szczegółów nie znał żadnych. Był niemalże zamknięty w rezydencji. Nie miał
kontaktu z zewnętrznym światem i nie wiedział nic, co się dzieje poza lasem.
Myślał o tym naprawdę gorączkowo, popadając w coraz to
większe przygnębienie. Po raz kolejny uświadomił sobie, jak mocno jest
skrępowany i jak bardzo ograniczono jego wolność. Jedyną drogą do
nieskończoności była jego wyobraźnia. Tam odwiedzał miejsca, które znał tylko z
wodzenia palcem po mapie.
Z tego nagłego ataku bezradności obudziło go dopiero lekkie
kopnięcie w goleń. Zmarszczył brwi i spojrzał z wyrzutem na Chanyeola, który
starał się stłumić rozbawienie niebezpiecznie drgające na jego ustach. Dopiero
wtedy zorientował się, że jest w centrum uwagi, a ciotka w niemym zirytowaniu
odłożyła sztućce i spojrzała na niego wymownie.
- Baekhyun – zaczęła i choć spodziewał się nagany, ona kontynuowała
spokojnym głosem – Czy zaszczyciłbyś nas swoją grą?
Chłopak rozejrzał się dookoła podenerwowany i niezgrabnie
wstał od stołu, by podejść do fortepianu. Usiadł na czarnej, skórzanej ławie i
pośpiesznie porozciągał palce. Dawno nie grał, ale wierzył w swoje umiejętności
i godziny spędzone przy instrumencie. Wziął głęboki wdech i przymknął powieki.
Przywołał obraz jednej z tych samotnych, bezlitosnych nocy, której ciemność
przelewała się przez gardło, kotłowała w płucach i zalęgała w nich duszącym
smutkiem. Jak dym wyciskała z niego łzy pełne tęsknoty za nieznanym i skupiała
całą emocjonalność w opuszkach palców zgrabnie sunących po nagich klawiszach
krzyczącego w agonii fortepianu.
Takich nocy nie było wiele, ale doskonale pamiętał każdą z
nich. I służba również je pamiętała. Choć przesycona żalem, pełna pasji gra
chłopaka zbudzała ze snu niemal każdego pracownika, nikt nie śmiał mu
przeszkodzić. Odczuwano w stosunku do niego jakieś dziwne współczucie, jakby ta
nieznośna gra na fortepianie mu się należała. Dlatego pokornie znoszono każdą
krzykliwą nutę, wyrywającą się z ciszy jak wrzask trzymany na uwięzi zbyt
długo, by nie pogryzł właściciela. A ten akurat gryzł wyjątkowo zaciekle. Przez
skórę, kości, krew, aż do duszy, którą szarpał i targał po beznadziei o
krańcach ostrych jak potłuczone szkło, rozcinające ciało w miejscach
najbardziej odsłoniętych, słabych.
Gra Byun Baekhyuna była do granic przejmująca, kradnąca
oddech i przypominająca to, co już dawno powinno być zapomniane. Była
agresywna, bezlitosna i wytykająca każdy błąd, wadę, niechciane wspomnienie.
Słuchając go nie można było nie uronić łzy. Nawet tym razem to, co drzemało w
zebranych, już dawno zawirowało w bezwzględnym danse macabre. Ból, cierpienie,
grzech, wszystkie wymogi dorosłego świata, ta chciwość i obrzydzająca chęć
wyzysku, wszystko to zostało obnażone i wyciągnięte na wierzch.
A Baekhyun ciągle grał. Grał i sam uczestniczył w tej
bezwstydnej spowiedzi. Wdychał to, co wypluwali z niesmakiem, a później
przeciskał cały jad przez palce, tworząc muzykę tak wstrząsającą, że po
zakończeniu występu nikt nie był w stanie wykrztusić nawet słowa.
Odchylił się lekko od instrumentu, dysząc ciężko, bo
brakowało mu tchu. Dawno nie grał, dawno też nie wyrzucał z siebie tego, co
leżało mu na sercu. Nie był w stanie spojrzeć im po tym wszystkim w twarz.
Wydawało mu się, że pokazał im swoją nagość, że odkrył siebie całego i teraz
już nic nie będzie takie samo.
Zdziwił się, gdy usłyszał lekko leniwe, pojedyncze owacje,
przedzierające się przez chwilę ciągłego otumanienia. Odwrócił głowę w bok,
gdzie zobaczył opartego o framugę mężczyznę, patrzącego na niego z żywym
uznaniem. Uchylił usta na jego widok i prawie zamarł, bo rozpoznawał w nim
kogoś niesamowicie dla siebie ważnego. Znał tę twarz. Znał go.
Widzicie, Baekhyun nie zawsze był niepoprawnym marzycielem.
Ba! Niegdyś był zwykłym, nieszczęśliwym chłopcem, który nie potrafił
odpowiednio zareagować na to, czym obdarowuje go świat. Ale w pewien
niesamowity sposób nawet z tak rozczarowanego i zmarnowanego chłopca narodził
się królewicz świata magii, który potrafił oczarować polne kwiaty.
Wyobraźnia odbudowała jego rzeczywistość na nowo. Dostał
Anastazję i dostał marzenia. Został żywym Byun Baekhyunem, a nie wyłącznie jego
cieniem. Został najprawdziwszym królem.
Oczywiście, nie doszedłby do tego sam. Miał to szczęście, że
pewnego razu spotkał anioła, a przynajmniej Aniołem zwykł go nazywać. Gdyby nie
on, Baekhyun ciągle byłby samotnym, opuszczonym chłopcem, który plątał się jak
duch po korytarzach zimowej rezydencji ciotki.
A wszystko zaczęło się od tego, że Baek wypędzony ze swojego
pokoju przez służbę, która zamierzała przeprowadzić generalne porządki, udał
się na spacer. Nie lubił godziny sprzątania. Zawsze musiał wówczas opuszczać
bezpieczne ściany swojego małego zakątka i znaleźć sobie gdzieś tymczasowe
miejsce dla jego cichej egzystencji. Zazwyczaj była to biblioteka, ale coś
skłoniło go, by tym razem było inaczej. Gorąc jaki otulił jego po wyjściu z
rezydencji, najpierw go zniechęcił i zmusił do odwrotu, ale chwilę później
przechadzał się ścieżkami ogrodu pani Byun. Nie miał konkretnego celu, chciał
jedynie pozwiedzać miejsce, w którym istniał.
Nie czuł się swojo w użytkowanej części posiadłości przez
spojrzenia pracujących tam ogrodników, więc usunął się do tej dzikiej strony,
na północy. Widać było, że kiedyś dotknęła ją ogrodnicza ręka ze względu na
wyznaczone ścieżki, stare ławki i przerośnięte rośliny, lecz wszystko zdziczało
i uległo korozji. Całe to miejsce wydawało się raczej opuszczone i to tak
urzekło Baekhyuna. Opuszczony chłopiec idealnie wpisywał się w opuszczony
ogród.
Przez jakiś czas to właśnie tam przebywał. Poznawał to
miejsce i z każdym dniem odkrywał jego perełki, jak sucha fontanna, czy
orzęsione oczko wodne. Zacierające się ścieżki zaczęły wyglądać na użytkowane,
a niektóre róże nabrały swojego blasku, gdyż po zaczerpnięciu teoretycznej
wiedzy, sam zaczął się nimi opiekować.
W ogrodzie trwał, dopóki nie odnalazł dziury w parkanie.
Pchnięty ciekawością przekroczył mury rezydencji i wkroczył w całkowicie obcy
mu świat. W las. Przez ostatnie miesiące zdołał bezpowrotnie i z pasją pokochać
naturę, dlatego czuł się tu nawet lepiej niż we własnym pokoju.
Zauważył wydreptane ścieżki i postanowił się ich trzymać.
Tym sposobem dotarł na dużą polanę, na której zauważył śpiącego chłopaka. Jego
Anioła. Leżał oparty o wielki głaz, który nie wiadomo jak się tam znalazł. Ale
magicznym sposobem był, trwał i zapisywał historię młodych ludzi, którzy
splątani przeznaczeniem mieli się znaleźć właśnie tam i właśnie wtedy.
Baekhyun z bijącym sercem podszedł do nieznajomego i
zauważył książkę w jego szczupłej, niemal białej dłoni. Czytał Makbeta. To do
niego pasowało. Przyglądał się przez chwilę jego twarzy pogrążonej we śnie.
Przydługawe rude włosy opadały mu na czoło, delikatne usta rozchyliły się
lekko, a na policzki wstąpił rumieniec. Było gorąco, a on spał w słońcu.
To niebezpieczne, pomyślał, po czym bez chwili zastanowienia
postanowił go obudzić. Trącił jego ramię raz, a kiedy się nie budził, uderzył
go mocniej. Lekko zaniepokojony brakiem reakcji zaczął panikować, lecz na
szczęście chłopak uchylił powieki i spojrzał na niego zdezorientowany.
To była ta chwila, w której Baekhyun zarejestrował, że
czekoladowe oczy są jego ulubionymi.
- Cześć – odezwał się na wpół sennym głosem, przeczesując
dłonią włosy. – Kim ty-
- Spałeś na słońcu, to niebezpieczne. Mógłbyś dostać udaru
lub jakichś poparzeń, wiesz. Lepiej by było, gdybyś poszedł do cienia –
tłumaczył Baek, nieco spanikowanym głosem. Jego serce biło niemiłosiernie
szybko. Sam nie do końca rozumiał, skąd się wzięło to nagłe zdenerwowanie.
Rudzielec się jedynie zaśmiał.
- W takim razie tak zrobię, dziękuję. – Wstał, otrzepał
niewidoczny pył ze swoich granatowych spodenek, po czym wyciągnął przed siebie
dłoń. - Jestem Sehun.
Chłopiec spojrzał niepewnie na jego rękę, by chwilę później
podać mu swoją.
- Baekhyun. Nazywam się Byun Baekhyun.
To było dziwne przeżycie. Jeszcze nigdy sam nikogo nie
poznał. To była pierwsza osoba wykluczona ze śmietanki towarzyskiej jego
ciotki, z którą mógłby się zakolegować. I to tak prawdziwie, bez jakiejkolwiek
sztuczności.
- Cześć, Baekhyun. – Uśmiechnął się łagodnie i obdarzył go
kojącym spojrzeniem. – Co tak właściwie tutaj robisz?
- Ja... sam nie wiem. Spacerowałem – mruknął nieśmiało, sam
nie wiedząc, co powiedzieć, by nowopoznany chłopak go polubił.
- Tak się składa, że ja też – przyznał. – To bardzo miłe
miejsce do odpoczynku, wiesz? Podobno są tutaj wróżki.
- Wróżki? – Blondyn zadarł głowę do góry, by ze strachem w
oczach spojrzeć na wyższego.
- Co jest? Boisz się wróżek? – Śmiech Sehuna był dźwięczny i
lekki. Swoją beztroską stawał się niemal jednością z otaczającym go światem.
Baek pokiwał niepewnie głową i rozejrzał się dookoła w
poszukiwaniu jakichś podstępnych stworzeń.
- Dlaczego boisz się wróżek? Przecież wróżki są dobre!
- Pewnie przypominają pszczoły, a ja boję się pszczół –
wyznał. – No i wróżki mają magiczne moce, mogłyby mnie zabić, jeśli by tylko
tego chciały. Co jeśli jakąś zdenerwuję?
Sehun pokręcił głową z dezaprobatą.
- Ale ty też masz magiczną moc, Baekhyun. – Schylił się
lekko, by na niego spojrzeć. Był od niego znacznie wyższy i zapewne też
starszy. – O tutaj. – Stuknął palcem w jego skroń, po czym na nowo się
wyprostował i posłał osłupiałemu Baekhyunowi kolejny uśmiech.
Mniejszy dotknął swojej głowy we wskazanym miejscu i zdawał
się nie rozumieć.
- Tutaj? – powtórzył i starał się poczuć w sobie jakiś
magiczny pierwiastek. – Czy ja czytam w myślach albo coś takiego?
- Nie, oczywiście, że nie... Chyba. – Rudzielec zdawał się
całkiem dobrze bawić. – Twoja wyobraźnia. To jest twoja najsilniejsza broń.
- I to tyle? – Baek zdawał się być rozczarowany.
- To AŻ tyle – podkreślił. – Spójrz. Widzisz ten głaz? Jak
myślisz, skąd się tu wziął?
- Nie wiem, nie mam pojęcia.
- No to wymyśl coś.
- Przytachał go tutaj jakiś wielki mamut. – Czuł
zażenowanie. Chyba nie mógł wpaść na nic głupszego.
- Mów dalej – zachęcał go.
- W tym miejscu umarła jego ukochana córeczka. Był tak
smutny, że odprawił jej pogrzeb. Pierwszy pogrzeb we wszechświecie. Przychodził
tu codziennie i płakał swoimi mamutowymi łzami, by w końcu również tutaj
umrzeć. Widzisz tą małą górkę obok? To on.
Sehun wyglądał na usatysfakcjonowanego.
- Jesteś całkiem bystry. Ile masz lat?
- Trzynaście.
- Całe magiczne życie przed tobą. Jeszcze trochę poćwiczysz
i może uda Ci się stać księciem jakiejś części lasu.
- A ty jesteś księciem?
- Jestem królem – poprawił go. – Królem całej zachodniej
części.
Baek rozejrzał się dookoła i delikatnie mówiąc, był pod
wrażeniem. Sehun był niesamowity. Trochę dziwaczny, totalnie pokręcony, ale
polubił go. W sumie ciężko było go nie lubić, gdy tak pięknie się uśmiechał.
- Chciałbyś mieć swoją własną polanę?
- Tak.
- Więc chodź za mną. Jako dobry król oddam Ci trochę mojej
ziemi.
Sehun zaprowadził go w miejsce oddalone jakieś pięć minut od
jego Polany Wróżek. Szli utartymi ścieżkami i gdy doszli na miejsce, niemal nie
posiadał się z zachwytu.
Polana była mniejsza niż ta poprzednia. Rosło na niej wiele
kwiatów, a jedną z jej granic wyznaczała okoliczna rzeka, która tutaj była
jedynie strumieniem. W pobliżu rosła całkiem duża wierzba płacząca. Tak jak
głaz kompletnie niepasująca do reszty scenerii.
- W głazy zaklęte są dusze nieszczęśliwie zakochanych, w
wierzby - dusze nigdy nie kochanych.
Od tamtej pory Baekhyun już nigdy nie widział swojego
Anioła. Po tym jak zasadził w jego świadomości nadludzki dar wyobraźni i
ofiarował mu kawałek lasu, zniknął. Jakby nigdy nie istniał i tylko na chwilę
rozbłysnął, by rozjaśnić Baekhyunowi jego ponury świat.
Przez cztery następne lata Baek odwiedzał Polanę Wróżek i
ani razu nie spotkał tam ani jednej. Pory roku zmieniały się jak w
kalejdoskopie, a głaz pozostał nienaruszony. Był jedyną stałością we
wspomnieniu o spotkaniu z Aniołem, więc kiedy w tajemniczy sposób zniknął,
chłopak poczuł, że powoli znika i wspomnienie o Aniele, którego uparcie się
trzymał.
Zacierało się coraz bardziej każdego dnia, bladło i
zmierzało ku pozostaniu czystą biała kartką, gotową do ponownego zapisania.
Baekhyun bał się, że Sehun zniknie, tak jak znikły jego rumieńce na policzkach
i rozpromienione spojrzenie, ale pojawił się znowu.
Stał przed nim i wpatrywał w niego z nieukrywanym zachwytem.
Objawienie. Nie umiał tego inaczej nazwać. Sehun objawił mu
się po raz drugi i tak jak za pierwszym razem, wydawał się równie nierealny,
wyciągnięty z ram rzeczywistości.
Absolutnie niesamowity.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz