A z wszystkich wierzb na świecie, to ty byłaś tą najgłośniej
płaczącą.
Gdyby ktoś kiedyś zapytał go, co kocha, odpowiedziałby –
kwiaty. I, że kwiatami również chciałby się stać, kiedy dorośnie. Tego typu był
marzycielem – kwiatowym.
- A zamiast popiołu zmieszanego z glebą, zdecydowanie
wolałbym rozrzucić się płatkami peonii na majowym wietrze – mówiłby. – O mój
Boże, jak ja bym chciał choć na chwilę zatańczyć z Wiatrem!
Ale nikt nigdy nie pytał go o to, co kocha, co lubi, a czego
nienawidzi. Byun Baekhyunem nie interesował się nikt i dlatego ten sam Byun
Baekhyun jeszcze nigdy nikomu nie powiedział, że jego marzeniem jest zaplątanie
się w chmurach.
- Jak tylko dorosnę, wybuduję dom – rzekł raz do wierzby
płaczącej, którą szlachetnie nazwał Anastazją. – Będzie duży, z ogrodem i
milionem kotów. Nazwałbym je imionami moich przodków, bo to tak jakby naraz
stały się moją rodziną, tylko nie taką kocią, ale ludzką. Albo nie! Dom będzie
mały, z drewna malowanego na biało. Będę mieszkał tu, obok ciebie, byśmy mogli
codziennie rozmawiać. Cieszysz się? Nigdy cię nie zostawię, Anastazjo. Jesteś
powierniczką moich lotnych nadziei i moją jedyną przyjaciółką.
Anastazja nie odpowiedziała, bo drzewa mają to do siebie, że
nie mówią, ale na przypieczętowanie tej obietnicy poruszyła radośnie swoimi
zwisającymi pnączami. To był pamiętny dzień.
Popołudnie doskwierało Słońcem, którego promienie zdradzały
się drżeniem powietrza. Jakby cały świat zlękniony był przed czymś, o czym
tylko niebo miało pojęcie. Ale Baek się nie bał, Baek widział to inaczej. Dla
niego świat drżał z ekscytacji po uroczyście złożonej przysiędze. Wydawało mu
się, że kwiaty zaczęły mocniej wonieć, a owady jakoś radośniej tańczyły w
parnym powietrzu. Prawdopodobnie tak nie było, ale jakże szczęście potrafi
zabarwić świat!
- Wiesz co, Anastazjo? – zapytał po chwili milczenia. – Czuję
w sobie niedobór słów i to nie dlatego, że za mało mówię, tylko że ktoś do mnie
za mało mówi – tłumaczył. – Ale to nie tak, że mi nie wystarczasz! Jesteś
przecudowna. Ja po prostu... Nie wiem. Nie potrafię tego ubrać w słowa, ale jak
widzę inne dzieci i to jak ze sobą rozmawiają, czuję takie dziwne ukłucie w
sercu. Czy to zazdrość? Miałaś tak kiedyś? Czy twoje drewniane serce też boli,
kiedy patrzysz na mnie na przykład? Na to jak mogę chodzić i mówić, i śmiać
się, i śpiewać? Jeju, przepraszam, Anastazjo. Dla mnie jesteś idealna taka,
jaka jesteś. Nie każdy wyglądałby tak pięknie jako drzewo. Ja pewnie byłbym
jakimś świerkiem bez igieł albo chudą, długą brzozą na cmentarnej alejce.
Wierzba roześmiała się szumiastym śmiechem swoich liści i
odetchnęła lekko wiatrem między jej pnączami. Zapewne kochała chłopca tak mocno
jak on ją. Dzięki niemu na chwilę nie była tylko samotną, płaczącą wierzbą, a
Anastazją. Wykwintną panią o sercu tak czystym, że aż krystalicznym; o pięknym
uśmiechu i łagodnym spojrzeniu, które byłoby w stanie ukoić każdy ból.
- Słyszałem kiedyś, że w wierzbach zaklęte są dusze, które
za życia nie zaznały miłości – powiedział, po czym oparł się plecami o jej
szarawy, stary pień. – Tak bardzo mi przykro, Anastazjo. Nawet po śmierci nie
mogłaś znaleźć ukojenia. – W jego głosie słychać było wyraźny żal. – Ale nie
przejmuj się. Wkrótce i ja stanę się wierzbą. Wyrosnę tu, obok ciebie i już
nigdy nie będziesz samotna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz