Dosięgnąć granic
nieskończonej miłości
Siedzieliśmy wszyscy obok siebie,
przyglądając się sobie nawzajem. Chanyeol trzymał Baekhyuna za rękę, jakby
dodając otuchy rozdygotanemu chłopakowi. Luhan siedział po mojej lewej stronie,
bezmyślnie wpatrując się w jakiś nieznany punkt. Nie płakał, nie drżał, był nad
wyraz spokojny, choć w jego oczach widziałem strach. W moich ramionach trząsł
się Kyungsoo, który w tamtej chwili mnie najbardziej interesował. Przytuliłem
go mocno i oparłem policzek o jego głowę. Nie chciałem się z nim rozstać. Pragnąłem
być z nim na zawsze.
Myślę, że to był ten czas, w
którym osoba przypomina sobie wszystkie piękne chwile, które przeżyła. Czas, w
którym uświadamia sobie, jak wielu swoich bliskich już nie zobaczy i nie
powie im jeszcze tylu nieistotnych rzeczy. To jest ten moment, w którym trzeba
się z tym wszystkim pożegnać i co gorsza zaakceptować to, że zbliża się koniec.
Odgłosy walki ucichły, a my nie
wiedzieliśmy, która strona zwyciężyła.
Jeśli nasi – jest ok, nawet bardzo ok. Oznaczałoby to koniec spoglądania śmierci
w oczy, a zmierzenie się z nowymi problemami, czym w moim przypadku była miłość
z Kyungsoo.
A jeśli wygrał profesor Choi, cóż…
jednym słowem mieliśmy przejebane.
Trwaliśmy tak w tym lesie,
myśląc, czasami płacząc, czasami uśmiechając się. Przez nasze głowy
przelatywało milion wspomnień na raz i choć nie byliśmy pewni, czy na pewno
jesteśmy w niebezpieczeństwie, śmierć nadal była blisko. Ukryta gdzieś w cieniu
księżyca, czyhała na nasze życie.
Niestety wciąż istniała opcja, że
niedługo wszyscy umrzemy i ta niepewność naszego istnienia była z tego
wszystkiego najgorsza, bo rodziła nadzieję, a ja z doświadczenia wiem, że nadzieja
jest zgubna.
Kiedyś miałem nadzieję, że nie zakocham się w Kyungsoo.
Z nich wszystkich byłem
najbardziej zagrożony i najsłabszy po wcześniejszym wypadku. Profesor polował w
szczególności na mnie i na mojego Do, a ja nie byłem pewien, czy będę w stanie
nas obronić. Cha! To nawet Kyungsoo ochronił mnie. Wcześniej, kiedy to
oberwałem od tego cholernego czarodzieja, on z pomocą Chanyeola, Luhana i
Baekhyuna wytargał mnie na dwór, a później ukrył w lesie, tak jak to
planowałem.
Czułem się beznadziejnie, bo
zamiast obronić mojego człowieka, mój człowiek obronił mnie.
- Więc to koniec? – powiedział ledwo
słyszalnie Luhan, jakby obawiał się, że nawet najcichszy szept zdradzi nasze
położenie.
Każdy puścił to pytanie mimo uszu,
bo zbyt bardzo skupiliśmy się na znowu trzęsącej się ziemi. Grunt dosłownie
drżał, jak gdyby bał się silnej aury, którą wszyscy wyczuliśmy. Nie należała
ona jednak do profesora Choi, była zbyt potężna. Niebo zawrzało wściekłą
czerwienią, a do tej pory świeże powietrze zatonęło w siarkowej stęchliźnie.
- Co się dzieje? – zajęczał Kyungsoo.
Wszyscy byli zdezorientowani, wszyscy
oprócz mnie. Odchyliłem od siebie bruneta i wstałem, gniewnie spoglądając w
górę.
Zbyt dobrze znałem tę aurę.
- Ojciec – mruknąłem.
Nie minęła nawet chwila, a pod
naszymi stopami rozlała się dzika ciemność.
Tak, to był nasz koniec.
+
Gdy się obudziłem, byłem w dobrze
znanym mi miejscu.
Ściany z czerwonego diamentu,
mdlący zapach siarki, widoczne szkarłatne niebo za oknami i charakterystyczny
rubinowy dywan u moich stóp, to wszystko składało się na mój były dom.
Pałac w Pandemonium.
Półprzytomnym wzrokiem spojrzałem
na swoje skute łańcuchami nadgarstki i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, co się
dzieje. Uniosłem głowę, choć rozsadzał ją przenikliwy ból i rozglądnąłem się po
ogromnej sali, wypełnionej rozwścieczonym tłumem potworów. Gdzieś tam wśród
nich widziałem oszołomionego Luhana, który stał w bezruchu.
Egzekucja.
Spoglądnąłem na tron, w którym
siedział mój „ojciec”. Na jego twarzy widziałem nienawiść i pogardę. Brzydził
się mną. I wiecie, może by mnie to uraziło, gdyby nie to, że przywykłem do tego
spojrzenia. Zawsze tak na mnie patrzył, zawsze byłem tym najgorszym i
niepotrzebnym.
Nienawidziłem go tak bardzo, jak
on mnie.
Chwilę później rozejrzałem się na
boki, gdzie po mojej prawej stał Chanyeol z Baekhyun, którzy usiłowali złapać
swoje ręce i profesor Choi, przygnębiony i zły równocześnie. Po lewej klęczał Kyungsoo,
który co dziwne - nie płakał. Naprawdę. Czułem wręcz od niego jakąś inną,
nieprzystającą mu aurę – pełną bólu, cierpienia i odwagi w jednym.
- Soo – wyszeptałem przepraszająco
– to moja wina, wybacz mi.
Do spojrzał na mnie, po czym
uśmiechnął się szczerze.
- W porządku, Kai – uspokoił mnie
– Kocham cię – wyczytałem z jego ruchów
warg, bo przeraźliwy krzyk tłumu zagłuszył go całkowicie.
Nie chciałem płakać, choć w moich
kącikach zebrały się łzy. Widząc go takiego, nie mogłem się nie skruszyć.
- Ja też cię kocham, Soo –
odchrząknąłem i spojrzałem w jego oczy – Bardziej niż możesz sobie wyobrazić.
Kyungsoo nie był zwykłym
człowiekiem. Ludzie nie są tacy, bo ludzie są zakłamani, mordują się nawzajem i
ciągle nienawidzą. Na tle całej tej brudnej ludzkości, on był czysty jak łza,
delikatny jak kwiat i łagodny jak motyl. Choć czasami wykorzystywał innych,
okazał się prawdziwym dzieckiem – niewinnym i bezradnym. Musiałem się nim
zająć. Jego dusza wręcz lśniła, nie miała żadnej skazy i była lekka jak piórko.
Stawiała wszystkie inne dusze w swoim cieniu, bo widzicie, dusza Kyungsoo była ze światła.
- Rozpocznijmy egzekucję.
Usłyszałem donośny głos ojca, po
czym tłum ucichł, a ja mogłem usłyszeć moje łomoczące serce.
Nienawidziłem go, Lucyfera,
rzekomo mojego ojca. No bo który kochający tatuś zabiłby swoje dziecko?
- Złamaliście zasady. – Spojrzał
na każdego z nas po kolei, zatrzymując się dłużej na mojej sylwetce. Zamlaskał
zdegustowany.
- Gratuluję, nic ci nie umknie –
syknął profesor, po czym nasz kat przyjrzał mu się z kpiącym uśmieszkiem.
- Więc teraz będziesz udawał Alice?* – prychnął – Liczyłem na coś kreatywniejszego. – Przewrócił oczami
i zaplótł ręce za plecami.
- Więc teraz zabijesz swojego
syna? – prychnął Choi.
Tłum odezwał się cichymi
pomrukami i szmerami. Lucyfer jedynie uniósł brwi do góry i odchylając głowę do
tyłu, spojrzał na profesora jak na robaka.
- Umrzesz jako pierwszy – odpowiedział
spokojnie – Giń.
I wtedy profesor upadł na
podłogę, tonąc w kałuży swojej krwi. Jego oczy wywróciły się w tył głowy, a
ciałem wstrząsały pośmiertne drgawki.
Spojrzałem na ten obraz z
przerażeniem, bo to było takie… mocne. Mój ojciec zabił go samym wzrokiem. To nienormalne, nawet jak na demona.
Ale w sumie w moim świecie nic
nie było nigdy normalne.
Tłum zaczął wiwatować i wołać o
więcej, a ja poczułem jak żołądek podchodzi mi do gardła. Te bezduszne
stworzenia przyprawiały mnie o mdłości i wiedziałem, że Kyungsoo czuł to samo,
więc starałem się uchwycić jego dłoń, ale ostatecznie ją jedynie musnąłem
opuszkami palców.
- Nie bój się. Jakoś z tego
wyjdziemy. – Uśmiechnąłem się pokrzepiająco.
To nie były puste słowa, mówiłem
prawdę. Nie chciałem się tak łatwo poddawać.
- Wy zawarliście pakt. – Ojciec
spojrzał na mnie i na Do - A wy ich kryliście – dodał, spoglądając na Chanyeola
i Baekhyuna.
- Baek o niczym nie wiedział, uwolnijcie go. – warknął Chan, a ja poczułem się winny, że ich w to wciągnąłem.
- To nie jest wina ich obu –
zacząłem – Ukaż mnie, bo to ja zawarłem pakt i to ja zakochałem się w człowieku,
nie oni. Zresztą to może pogorszyć twoje stosunki z wampirami i wilkołakami,
nie sądzisz, ojcze?
Demon zmarszczył brwi i po chwili
namysłu, pstryknął palcami, a kajdanki z rąk moich przyjaciół zniknęły.
- Idźcie – rozkazał znudzonym
głosem.
Niezadowolony tłum zabuczał, ale
Lucyfer uspokoił ich jednym spojrzeniem. Wziął głęboki wdech i na nowo
zaplatając ręce za plecami przeszedł się wzdłuż podestu z tronem, aż w końcu
zatrzymał się i obrócił na pięcie w naszą stronę.
Zabije nas.
Nie miałem nawet cienia nadziei,
choć tak bardzo chciałem mnie i Kyungsoo uratować.
- Jestem tobą szczerze
zawiedziony, Kai – powiedział w końcu – Nie sądziłem, że dasz się omamić
człowiekowi. To smutne. – Udawał przygnębionego. – Zniszczyłeś moje dobre imię.
Syn Lucyfera zakochany w człowieku, ohyda. – Spojrzał na Kyungsoo z obrzydzeniem,
przez co chłopak spuścił głowę.
- Jaki masz cel w tej całej
przemowie? – syknąłem jadowicie.
Lucyfer uśmiechnął się półgębkiem.
- Żeby moje imię nie ucierpiało
jeszcze bardziej na tym, że zabiłem własnego syna, poprosiłem mojego
przyjaciela o ukaranie was. – Uśmiechnął się z satysfakcją i w tym momencie zza
pleców mojego ojca wyłonił się dyrektor.
Spojrzałem na Kyungsoo, który był
w tak wielkim szoku jak ja. Znowu. Znowu ktoś nas oszukał.
Tłum wiwatował, a ja zabijałem
dyrektora wzrokiem. Zdrajca.
On tylko uśmiechnął się uprzejmie
i mrugnął do mnie, przez co poczułem, że nie musimy się już bać.
- Powiedzcie mi chłopcy, dlaczego
miłość między demonem a człowiekiem jest zakazana?
Cisza.
Dyrektor zdecydował się
odpowiedzieć za nas.
- Widzicie, człowiek jest
śmiertelny, żyje krócej, więc demon straci swoją ukochaną osobę wcześniej czy
później, to po pierwsze. Po drugie – uśmiechnął się – ludzie to słabe, ale
chciwe kreatury. Są jak robaki, nie uniżając tym stworzeniom. Szybko się mnożą,
są niemal wszędzie i zakażają niemal wszystko. To najniższy gatunek,
najbrzydszy i najsłabszy – Spojrzał na rozzłoszczonego Kyungsoo – Demony to
ich całkowite przeciwieństwo. Są pierwsze w rankingu, zajmują wszystkie urzędy,
są silne i inteligentne – wytłumaczył.
- Mój człowiek nie jest taki –
odezwałem się, bo nie mogłem już wytrzymać – Mój człowiek jest cudowny. – wysyczałem.
- I widzisz, co się z tobą stało,
Kai? – prychnął – Z każdą chwilą jesteś coraz bardziej zadurzony, bo wpadasz w
jego sidła, staczasz się – pokiwał głową z dezaprobatą – Ludzie wzbudzają w
demonach współczucie, to nas przyciąga, dlatego jest to też zakazane.
- Jeżeli masz gadać takie
pierdoły, to zabijcie mnie od razu – warknąłem.
Słyszałem, że Kyungsoo płakał.
Słowa dyrektora bardzo go zraniły, niemal czułem jego ból.
- Nie zabijemy was – odpowiedział
za niego mój ojciec.
Spojrzałem na niego wyraźnie
zaskoczony.
- Waszą karą jest wygnanie, Kai –
dyrektor dokończył jego myśl – Z każdym dniem twoja miłość do tego człowieka
będzie wzrastać. A gdy on umrze, będziesz czuł się tak, jakbyś ty też umierał.
Twoją karą będzie śmierć psychiczna. To będzie bolało bardziej, będzie ciągnęło
się dłużej i cię to zniszczy.
Tłum wiwatował.
+
Pamiętam nasze wygnanie. To, że
mimo naszego szczęścia, w sercu czaił się niepokój. Bałem się. Po tym, co
usłyszałem, bałem się niesamowicie mojej miłości, ale nie chciałem i nie mogłem
przestać go kochać. Kyungsoo był moim małym słonkiem, a brak słońca jest siłą
destrukcyjną.
Staraliśmy się nie myśleć o
konsekwencjach i o przyszłości. Zapomnieć o śmierci, która zawsze podążała
naszym śladem i obserwowała nas zza cienia naszego głębokiego, jasnego uczucia.
Jeśli już miałem się zakochać, to
chciałem iść na całość. Pragnąłem dosięgnąć krawędzi miłości, która podobno
jest nieskończona.
Chciałem po prostu go nieustannie
kochać.
I to, moi drodzy, jest ostatni rozdział SOL. Wiem, wyszedł z niego jeden wielki bullshit, ale chciałam to jak najszybciej skończyć, więc pisałam na siłę. Dziękuję za Wasze komentarze, za to, że czytaliście to opowiadanie, że mnie wspieraliście i motywowaliście. Naprawdę dziękuję. Pisanie dla Was to była czysta przyjemność i tym miłym akcentem chcę skończyć moją działalność jako Invisible. Niedługo wszystkie blogi, ask i twitter i wszystko zniknie tak jak ja. Invisible będzie bardzo invisible. Haha. Pragnę Wam jeszcze raz bardzo podziękować. ♥ ~`Invisible
Może najpierw skupię się na ostatnim rozdziale, a potem na tym, co napisałaś w notce autorskiej. Podoba mi się atmosfera w pałacu Pandemonium. Wiele stworów, które śmiały się z czyjegoś nieszczęścia, sam władca tego miejsca, czyli Lucyfer. Pomimo tego, że Kai i Kyungsoo znaleźli się w beznadziejnej sytuacji to wbrew wszystkiemu w końcu wyznali sobie porządnie uczucia poprzez kocham cię, a nie spierdoliłem sprawę. Na serio bardzo miła odmiana. I jeszcze ten moment, w którym Jongin starał się złapać chłopaka za rękę. Niestety ją wyłącznie musnął. Lucyfer jest na serio bezlitosny! Wiem, że to nie brzmi dobrze, ale na serio podobało mi się, gdy tak po prostu zabił profesora Choi. Wtedy pokazał swoją prawdziwą moc! Epickie! Jestem niezmiernie zadowolona, że chociaż Baekyeol się uratował. Kai sprytnie podpuścił ojca, ponieważ zdołał uratować dwójkę swoich przyjaciół. Mieli ogromne szczęście, że Lucyfer utrzymywał dobre stosunki z wampirami i wilkołakami. Teraz przejdźmy do egzekucji kochanków. Nie spodziewałam się, że dyrektor również okaże się zdrajcą. Najwidoczniej w tym świecie nie można nikomu ufać, co jest przykre. Gdyby ich karą okazała się śmierć, to byłoby zbyt łatwe, co nie? Umierają i nie muszą bać się o przyszłość. A teraz każdy dzień może stać się ostatnim dla Kyungsoo. Życie ze świadomością, że koniec nadejdzie i zabierze wszystko. Skoro Kai tak bardzo pokochał Kyungsoo i jego demoniczna strona potrzebuje go do istnienia, to jak będzie się czuł, gdy zabraknie ukochanego przy nim? Ledwo znosił jakiekolwiek rozstania na parę metrów, a co zrobi przy martwym kochanku? Matko! Przecież on nie wytrzyma psychicznie! Muszę przyznać, że takiej kary się nie spodziewałam. Jest na serio okrutna dla zakochanych. Ale od samego Lucyfera niczego innego nie można oczekiwać, skoro brzydzi się miłością.
OdpowiedzUsuńTeraz skupię się na tej nieszczęsnej notce autorskiej, która stała się ciosem dla mojego biednego serduszka! Czy Ty w ogóle wiesz, co robisz? Myślałam, że jeszcze napiszesz jedno (ewentualnie tysiące) ff o Kaisoo, bo Twoje pomysły są bardzo ciekawe, a styl pisania jest przyjemny dla oczu, bo na serio cudownie się czyta. Muszę przyznać, że Twoje opowiadanie jest idealne dla mnie. Spełniłaś najważniejszy podpunkt, czyli to Kaisoo (jakżeby inaczej), ale na dodatek Kai był uzależniony od Kyungsoo. Uwielbiam, gdy Jongin jest zakochany w Kyungsoo i nie może bez niego żyć. Poza tym, to supernatural, a ja mam słabość do nich. Cieszę się, że napisałaś Soul of light! Jestem zachwycona i nie słodzę Ci tylko dlatego, że odchodzisz. Jestem na serio szczera! Będzie mi brakować Ciebie, ale szanuję Twoją decyzję. Sama miałam odejść (i zobacz, jak to się skończyło), więc po części wiem, co czujesz. Jeśli miałabyś się męczyć przy pisaniu to nie miałoby najmniejszego sensu. Jednak nadal się we mnie tli nadzieja, że objawi Ci się Kaisoo i znów będziesz miała ochotę o nich pisać. Okay, kończę mój komentarz! Wybacz, że nie ma składu i ładu, ale jest bardziej uczuciowy. Oddaje to, co chciałam Ci przekazać na pożegnanie, bo skoro teraz staniesz się na serio bardzo niewidoczna to ciężko będzie z kontaktowaniem się (nawet Twittera usuwasz?).
Zatem żegnam, choć bardzo chciałabym napisać do zobaczenia, gdziekolwiek.
Pozdrawiam! :D
SOL to chyba jedyne KaiSoo, które tak bardzo polubiłam. Wszystko w tym opowiadaniu było dobre. Począwszy od pomysłu, na wykonaniu skończywszy. To był po prostu jeden z tych genialnych ficków, które zapadają czytelnikowi w pamięć.
OdpowiedzUsuńCo do rozdziału - klimat Pandemonium faktycznie był genialny. Strasznie przypadł mi do gustu. No i fakt, że wszyscy zaufani dorośli odwrócili się od dwójki zakochanych złamał mi serce~ A co do kary Jongina (i teoretycznie Kyungsoo), ciekawie ją skonstruowałaś ;> Strasznie podoba mi się motyw umierającej, ukochanej osoby i miłości nie do zabicia, która w końcu przysparza nam ogrom cierpienia.
Przykro mi, że znikasz ze światka polskich fanfiction, bo jesteś jedną z moich ulubionych autorek. Ale wierzę, że masz ku temu odpowiednie powody, dlatego życzę Ci wszystkiego dobrego i dziękuję za wszelkie opowiadania, które napisałaś ♥
http://yehetasshole.blogspot.com/
Szkoda że znikasz, przynajmniej nas o tym informujesz, a niestety dużo autorów bloga po prostu znikają i mają w dupie osoby czytając. Szkoda również, że to piękne Kaisoo dobiegł końca i jakby nie patrzeć zakończyło się smutno.
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci dużo dużo zdrowia i powodzenia w życiu! Może jeszcze kiedyś do nas za tęsknisz ;)
Kyo
Kyo
Cudo! Cudo!
OdpowiedzUsuńNiesamowicie mi się podobało naprawdę. Przede wszystkim to jak śliczna była relacja kaisoo. Co prawda zabicie Krisa było hardcorem ale i to nadało smaczku całej historii. Życzę weny <3