21.06.2015

Soul of light | Rozdział 1



Kiedy nadejdzie lepsze jutro,
nauczymy się śmiać ze złego teraz.


Tego dnia do Akademii przybywały pierwszaki. Wszyscy, oprócz mnie oczywiście, byli bardzo podekscytowani nowymi twarzami i chętnie wybiegli na powitanie każdemu pierwszorocznemu. Ja jakoś trzymałem się od wszystkiego z daleka i skupiałem się raczej na sprzątaniu pokoju, do którego miałem przyjąć drugorocznego Parka Chanyeola. Nowych studentów było o wiele więcej niż absolwentów, dlatego zostaliśmy zmuszeni do dzielenia pokoi. Mi się trafił on. Czy się cieszyłem? Oczywiście, że nie. Bardzo ceniłem sobie prywatność i ciszę, a mieszkanie z kimś kompletnie to wykluczało.
Niechętnie spojrzałem na dwa złączone ze sobą łóżka, które pełniły dotychczas funkcję mojego królewskiego łoża. Gdy pomyślałem, że będę musiał się zmieścić na jednej, małej połówce miałem ochotę strzelić sobie w twarz. Wiedziałem, że będę zmuszony przyzwyczaić się do spania w hm, mniej rozłożysty sposób, ale zanim by to nastąpiło musiałbym spędzić kilka nieprzespanych nocy na wierceniu się z boku na bok, a bądź, co bądź - kochałem spać.
Gdy ogarnąłem pokój do względnego porządku - to jest uciśnięcie wszystkiego do szafy i pod łóżko - ruszyłem na lunch, bo aby uniknąć styczności z pierwszoklasistami, opuściłem śniadanie. Tym razem w jadalni było o wiele mniej tłoczno, a ja nawet mogłem wybrać sobie stolik, bo było kilka wolnych.
Jeśli chodzi o posiłki w Satfold, to przyznam szczerze, że kuchnia dorównywała poziomowi matczynych umiejętności. Wszystko wyglądało potwornie kusząco i nieraz trzeba było bardzo długo się zastanowić, co spośród wszystkich przygotowanych dań wybrać. Teraz nie było inaczej. Spojrzałem na bogato zastawiony bufet i ostatecznie sięgnąłem po zwykłego kurczaka, którego byłem zwolennikiem. Nieraz znajomi krytykowali moje kubki smakowe i to, że zamiast wybrać owoce morza bądź befsztyk, ja wybierałem te najbardziej pospolite dania. Miałem jednak na to wytłumaczenie – gdy jeszcze mieszkałem w rezydencji, jedliśmy bardzo wykwintnie, a dania szykowali najwybitniejsi kucharze, dlatego z utęsknieniem zawsze spoglądałem na fast foody i chociażby płatki z mlekiem, których jeść mi nie pozwolono, bo uważano je za zbyt prostackie.

Siedziałem samotnie. Zazwyczaj tak było. Nie miałem przyjaciół, a cały pierwszy rok spędziłem sam z dala od kontaktów towarzyskich. To nie tak, że stanowiłem typ samotnika, po prostu nie odczuwałem potrzeby spouchwalania się z kimkolwiek. Gdybym chciał, mógłbym zagadać do którejś z dziewczyn, które często „ukradkowo” na mnie spoglądały, ale po prostu nie chciałem.

 Przez ten rok miałem wystarczająco dużo czasu na zastanowienie się nad swoim istnieniem i pobtem tutaj. Rozumiałem, że nikt nigdy mnie nie kochał, nie troszczył się, ani nie martwił się o mnie. Wiedziałem to. Wszyscy widzieli we mnie niepotrzebne zmartwienie, więc wylądowałem tu pod pretekstem zapewnienia mi świetlanej przyszłości. Na początku było mi z tym cholernie źle. Nie  mogłem przestać myśleć o tym, że właśni rodzice tak bez skrupułów pozbyli się mnie. Nigdy nie oczekiwałem od nich niczego, ale zawsze miałem nadzieję, że gdzieś tam w środku, bardzo głęboko pod skórą kryli swoją miłość do mnie, a takie desperackie usiłowanie wyrzucenia mnie z ich życia zdmuchiwało tę iskrę z każdym dniem, aż w końcu zgasła. Nie miałem nadziei, że po mnie wrócą, nie oczekiwałem telefonów, listów, ani czułych słówek. Nic. Pozostałem na to wszystko obojętny, a ta obojętność to skutek ciągłej walki z depresją i nieprzespanych nocy, w których umierałem z tęsknoty za ludźmi, dla których moje istnienie było tyle warte, ile akcje na giełdzie.
 Zresztą, nie było tak tylko w moim przypadku. Każdy, ale to każdy w Satfold był wyrzutkiem, niechcianym śmieciem, który zagracał rodzinny dom. Akademia stanowiła pewnego rodzaju kosz na właśnie takie brudy i zbierała niepotrzebne dzieci zamożnych rodzin, by „zapewnić im przyszłość”.

Nawet nie zauważyłem, gdy na sali zrobiło się zamieszanie, a do pomieszczenia zaczęło wpływać coraz więcej uczniów. Zgadywałem, że pierwszoroczni skończyli pierwszą część zwiedzania i przyszli na krótką przerwę. Westchnąłem przeciągle, po czym podniosłem się od stołu i biorąc tackę z kurczakiem, poszedłem w stronę kucharek, by zapakowały mi jedzenie, które chciałem dokończyć u siebie w pokoju. Hm, nie zgodziły się na to. Prawdopodobnie chciały pokazać nowym uczniom, że u nich liczy się porządek i dyscyplina, że n i b y trzymają się regulaminu, w którym jest zakaz spożywania posiłków w swoich pokojach. Skomentowałem to tylko cichym westchnięciem i obejrzałem się wokół. Jadalnia zatopiła się w ciałach uczniów i ledwo wydostałem się z kolejki do bufetu. Nienawidziłem tłumów, dlatego wszelkie dni otwarte lub szkolne uroczystości były dla mnie prawdziwą męką. Przepychałem się łokciami, starając się dojść do wyjścia, aż w końcu wydarzyło się coś, co musiało się wydarzyć, zważając na wszechobecny chaos. Mianowicie potrąciłem jednego z pierwszaków, który przestraszony zaczął zbierać resztki swojego jedzenia z podłogi.
Cholera.
Kucnąłem przy nim, a otaczające nas nogi naszych rówieśników otoczyły nas szczelnym murem. Kaszlnąłem, by zwrócić na siebie jego uwagę. Chłopak spojrzał na mnie spod przydługawej, czarnej grzywki tak, że zarejestrowałem tylko jego czerwone policzki.
- J-ja, przepraszam. – nie poczułem u niego nic, żadnego zapachu charakteryzującego jakąkolwiek rasę, żadnej aury, która też pomogłaby mi odgadnąć z jakiego rodu pochodzi. Kompletne nic. Widziałem tylko jego płonącą twarz i zawstydzenie, które rażąco od niego biło.
- Nie przepraszaj, to ja na ciebie wpadłem. – byłem zażenowany. Nie znosiłem kłopotliwych sytuacji.
- Jestem Do Kyungsoo, pierwszak.
Zmarszczyłem brwi. Ciągle nic nie wyczułem. Jego brak emanacji sprawiał, że zdawał się wręcz niewidoczny w salwie mieszaniny aur dookoła nas. To było potwornie niedorzeczne i albo ja traciłem zmysły albo to z nim było coś nie tak. W dodatku mój umysł zapętlił się wokół niego i pojawiła się dziwna chęć zabawy i igraszki z jego osobą.
- Nie zamierzasz tego zjeść, prawda? – byłem rozbawiony tym, że ciągle zbierał rozsypaną po kafelkach sałatkę.
- Nie, ale powinienem tak czy siak to pozbierać. – gorączkowo łapał plasterki marchwi.
Kątem oka przyglądałem się jak szybko wszystko wrzucał do porcelanowej miseczki, a gdy skończył spojrzał na mnie. Pierwszy raz zobaczyłem jego oczy i uznałem, że są trochę urocze. Tylko trochę, bo były też lekko przerażające ze względu na ich wielkość.
Uśmiechnąłem się mimowolnie.
- Tak w ogóle to jestem Kim Jongin, drugoklasista. – podałbym mu dłoń, ale jego była cała w jakimś sosie.
- Miło mi. – zawstydził się, znowu.
W sumie nie wiem, czemu tam jeszcze z nim siedziałem. Po prostu uczucie jakie się we nie narodziło nie dawało mi spokoju. Gdy go zobaczyłem, moje ciało automatycznie się spięło, a w moja intuicja kazała go skusić, ale czym do cholery?! Nigdy nie czułem czegoś takiego, było to dla mnie koszmarną abstrakcją, w dodatku nie posiadał żadnej aury. Ani złej ani dobrej. Postanowiłem spytać o to mojego wychowawcę, ale dopiero po tym gdy wrócę do pokoju i należycie przywitam nowego współlokatora, który pewnie już tam był.

+
               
Otworzyłem drzwi do pokoju i nagle uderzyła we mnie wilkołacza aura.
Tak jak myślałem, Chanyeol zdążył się już należycie rozgościć i bezceremonialnie rozrzucić swoje ubrania po całym pokoju. Leżał na swoim łóżku z głową podpartą na ręce  i czytał prawdopodobnie jakiś komiks, chociaż nie. To poradnik.
                - Fajna książka. – zaśmiałem się, będąc jeszcze w progu. Chłopak zerwał się i jak poparzony rzucił lekturę na podłogę. Spojrzał na mnie wzrokiem przyćmionym przez zdezorientowanie i przerażenie. – Podręcznik randkowania, co? – w moim głosie zakwitło rozbawienie.
                Chanyeol rozluźnił się, widząc, że to tylko ja i z oburzeniem ruszył ku książce, która wylądowała w drugim końcu pokoju.
                - To nie jest śmieszne. – sapnął, kładąc się z powrotem na łóżku, które ugięło się pod jego ciężarem.
                - Po co to czytasz? – pomyślałem, że skoro i tak mamy ze sobą mieszkać, to może warto się ze sobą zaprzyjaźnić. Nie miałem zamiaru skakać sobie do gardeł z nowym współlokatorem, tym bardziej, że był trudnym orzechem do zgryzienia.
                Chanyeol tak jak ja liczył 20 lat i chodził do równoległej klasy. Był bardzo popularny, dlatego krążyło o nim dużo plotek. Byłem zadowolony, że nie posłuchałem ani jednej z nich, bo gdybym to zrobił, widziałbym go przez pryzmat pogłosek, a tego nie chciałem. Chciałem go widzieć takim, jaki jest, a nie takim jakim go piszą.
                Więc, hm, Chanyeol był wilkołakiem, czysto krwistym, z bardzo wysoko utytułowanej rodziny. Przez bardzo długi czas, nikt nie wiedział, dlaczego sam potomek rodziny Park, miałaby znaleźć się tu – w Satfold. Odpowiedź była przytłaczająco prosta – z tego samego powodu co wszyscy.
                Był pieprzonym wyrzutkiem. Niechcianym wilkiem, cholernym betą*. Właśnie - b e t ą, a rodzina Park słynęła ze swoich alf, tylko i wyłącznie. Chanyeol niszczył tradycję, więc się go z premedytacją pozbyli.
                - Czytam, bo chcę się podszkolić.
                - W randkowaniu? – parsknąłem.
                - Tak. Zależy mi na kimś.
                - Jesteś dosyć bezpośredni.
                Wzruszył ramionami. Wyglądało na to, że przeszkadzałem mu w edukowaniu się, więc wyszedłem z pokoju i ruszyłem w stronę pokoju mojego wychowawcy.
                Pan Choi był dosłownie skarbnicą wiedzy. Czasami miałem wrażenie, że nie ma niczego, o czym mógłby nie wiedzieć. To z nim najczęściej rozmawiałem i w zupełności mi to wystarczało.
                Drzwi otworzyły się same. Denerwowało mnie jego lenistwo i ciągłe posługiwanie się magią.
                - Jak zwykle tak samo leniwy. – westchnąłem.
                - Jak zwykle tak samo marudny. – zaśmiał się siedzący przy biurku pan Choi. Nawet nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że to ja go odwiedziłem. Po pierwsze dlatego, że moja aura była potwornie ostra i mocna, a po drugie tylko ja go doceniałem i jako jedyny przychodziłem do niego w celu wyżalenia się.
                - Co tym razem? – zapytał, uparcie notując coś w księdze obitej jagnięcą skórą.
                - Spotkałem dzisiaj osobę bez aury.
                - Kai, to niemożliwe. Każda rasa coś wydziela.
                - Mówię prawdę. Starałem się coś wyczuć i nie wyczułem nic. W dodatku… - zbierałem myśli w słowa, podczas, gdy profesor obrócił się w moją stronę zaciekawiony. – Wiem, że to głupie, ale… moje ciało jakoś dziwnie na niego zareagowało. Wiesz, co to może być?
                - Jeju, Kai... - pokręcił głową z dezaprobatą, po czym spojrzał w moje zdeterminowane oczy. Chyba zaczął mi wierzyć, bo wkrótce dodał :
- No dobrze, mógłbyś mi go tu przyprowadzić? - Po jego mimice wywnioskowałem, że zaintrygowałem go i chciał rozwikłać tę zagadkę. Nie dziwiłem się mu. Samego mnie skręcało z ciekawości.Brak emanacji? Bzdura!

                Zapukałem do pokoju 354, który znajdował się zaraz nad moim. Gdybym chciał, mógłbym wejść na swój balkon i wdrapać się do niego przez okno, ale uznałem, że załatwię to w bardziej cywilizowany sposób.
                Drzwi otworzył mi niski, czarnowłosy, przestraszony chłopak, który na mój widok prawie pisnął. Niemiłosiernie się zarumienił i opuścił wzrok, zaciskając dłoń mocniej na klamce. W drugiej ręce zaś miętolił skrawek swojej za wielkiej marynarki.
                - Chodź ze mną.
                - Gdzie? – spojrzał na mnie zaciekawiony, choć w jego oczach ciągle widniał strach.
                - Do profesora. – przewróciłem oczami, widząc jak przełyka głośno ślinę. Niechętnie oderwał się od drzwi i stanął przede mną, patrząc na mnie tak intensywnie, że mimowolnie się uśmiechnąłem. Starał się grać odważnego, choć szło mu to niemrawo. Kiwnąłem w stronę schodów i ruszyłem tam, wsłuchując się w nieśmiały stukot lakierków Kyungsoo.
                Gdy dotarliśmy do drzwi profesora, te automatycznie się otworzyły. Tym razem był to sam czarodziej, a nie jego magia. Widziałem, że się niecierpliwił, że umierał z ciekawości. Gwałtownym ruchem zaciągnął nas do środka, przez co Kyungsoo o mało się nie potknął. Pan Choi usiadł na fotelu przed nami i splótł ze sobą dłonie, wzrokiem wskazując na krzesła przed sobą.
                Zastanawiało mnie, ile czasu zajęło mu meblowanie pomieszczenia tak, by wyglądał na pokój psychologa.
                Zapadła cisza. Słyszałem jak profesor zaciąga się powietrzem, starając się wyczuć zapach rasy bruneta obok, ale widząc jego skwaszoną minę, zorientowałem się, że nie poczuł nic.
                - Kai mógłbyś stąd wyjść? Twój zapach zabija ten kolegi. – zmarszczył brwi.
                - Profesorze, myślę, że to nie o mój zapach tu chodzi. – ale ten nie dawał za wygraną, dlatego musiałem na chwilę opuścić pomieszczenie. Gdy wróciłem, brwi czarodzieja były już tak zmarszczone, że prawie przysłaniały mu oczy.
                - A jak z jego aurą? – nie musiałem już nawet o nic pytać.
                Profesor pokręcił głową.
                - Faktycznie nic nie ma.
                Cisza. Spojrzałem na przerażonego Kyungsoo, który przez stres prawie powyłamywał sobie wszystkie palce. Wyglądał też na lekko zdezorientowanego i hm, nie dziwiłem mu się.
                - Jak ci na imię, chłopcze? – staruszek pochylił się nad nim.
                - Do Kyungsoo, proszę pana. – uśmiechnąłem się, słysząc jak jego głos drga.
                - A więc, Do Kyungsoo, dlaczego nie masz aury?
                Nie odpowiedział.
                - A zapach? Co z twoim zapachem?
                Cisza.
                - Jakiej jesteś rasy? – profesor niecierpliwił się i mimo, że za bardzo naciskał, nie potrafiłem go powstrzymać. Sam byłem tego potwornie ciekaw.
                - Ja… nie mam… - załamał, gdy to mówił  – Jestem człowiekiem. – wyjąkał, a zarówno mnie jak i pana Choi zamurowało i to kompletnie. Spoglądaliśmy to na niego to z powrotem na siebie. Nie wiedzieliśmy, czy żartował, czy faktycznie mówił prawdę. Nie! Nie mógł mówić prawdy! Człowiek nie mógł dostać się do Satfold, to niemożliwe, wykluczone, choć mogłoby to wytłumaczyć jego brak aury i zapachu. - Co się teraz stanie? Zrobicie mi coś? - dopytywał łamiącym się głosem.
                - Do, jesteś pewien, że jesteś człowiekiem? – głos profesora złagodniał. Kyungsoo pokiwał głową, krztusząc się płaczem.
                - Ja, nie wiem, jak się tu dostałem. Dopiero co wsiadałem do limuzyny, która miała zawieźć mnie do nowej szkoły, którą znaleźli mi rodzice, a potem znalazłem się tutaj i… - łkał.
                - Do, mógłbyś się trochę uspokoić i nam wszystko od początku wytłumaczyć, proszę? – zdziwiła mnie uprzejmość profesora, choć w sumie wyglądał na takiego, który miał doświadczenie w rozmowie z ludźmi.
                Chłopak pokiwał głową.
                - Mama z tatą są zajęci pracą, więc chcieli mnie odesłać do szkoły z internatem. W internecie natknęli się na Akademię Satfold. Bardzo im się spodobała, więc wybrali ją.
                - Twoi rodzice wiedzą, że to szkoła dla… no wiesz… nieludzi? – zmarszczyłem brwi. W ludzkiej sieci informacja o Satfold? Absurd, przecież to pandemońska szkoła.
                - Nie. Chyba nie… - sam nie był pewien. Kąciki jego oczu znowu okryły się łzami.
                - Więc skąd znali Satfold? – nie oczekiwałem odpowiedzi, ale chłopak odpowiedział.
- Nie wiem, po prostu tam była ta strona, ja sam ją widziałem. Wyglądało to na zwykłą szko-
- Kyungsoo, znasz może Do Jungyeona? – profesor po długim namyśle w końcu się odezwał.
- Tak, to mój pradziadek, ale skąd pan wie… - wyglądał na zaskoczonego. Profesor spojrzał na mnie, ale ja byłem tak zdezorientowany jak niski brunet obok.
Westchnął.
- Do, twój pradziadek zawarł pakt z szatanem. – mój słuch wyczulił się automatycznie po wzmiance o pakcie. – To była ostatnia taka umowa. Widzisz, Kyungsoo, twój pradziadek zakochał się w demonie z wzajemnością. Obydwoje złamali przysięgę, że nigdy tego nie zrobią, dlatego zostali straceni. Przykra sprawa. Stracić za jednym razem duszę i demonicę noszącą pierwsze dziecko Lucyfera. Eh… - westchnął głęboko. – To wydarzenie wstrząsnęło Pandemonium tak, że wkrótce pakty stały się zakazane.
Cisza.
Sam byłem zdziwiony, dlatego nie mogłem sobie nawet wyobrazić tego, co czuł Kyungsoo. Ten najwidoczniej usiłował przetworzyć to, co właśnie usłyszał.
- A co ta historia ma z nim wspólnego? – ruchem głowy wskazałem na zrozpaczonego Do.
- Już myślałem, że nie zapytasz. – nauczyciel z podekscytowania zaklaskał w dłonie. Włączył się jego tryb szaleńca. – Nad rodziną Do mimo wszystko ciągle wiszą piekielne moce. Pakt jest silny. Czasami bywa tak, że zabiera nawet dusze potomków osoby zawierającej taki pakt.
- Więc ja też… - Kyungsoo wytrzeszczył oczy jeszcze bardziej.
- Nie, skarbie, ty nie. – profesor uśmiechnął się pokrzepiająco. – Ale twój ojciec tak.
- Co? – zajęczął.
- Twój ojciec stracił duszę, to oczywiste, ponieważ potrafił otworzyć piekielną stronę! – mówił to z takim entuzjazmem… - Skoro jego dusza jest już po tej stronie, to tak jakby był już jednym z nas. – zaśmiał się pogodnie. – Twój ojciec cię w to wpakował.
- Ale… wypuścicie mnie stąd? – słyszałem, jak Kyungsoo na nowo zaczyna panikować.
- Och, skarbie chciałbym, ale kto przekroczy próg tej szkoły, nie wyjdzie z niej aż do ukończenia edukacji. – Do znowu zapłakał gorzko.
- Pieprzone zasady. – syknąłem pod nosem.
- Kyungsoo. – profesor w końcu spoważniał. – Musisz wiedzieć, że grozi ci tu duże niebezpieczeństwo.
- Co? – swoimi załzawionymi oczami, okrytymi łuną strachu spojrzał na niego jakby z niedowierzaniem.
- Jest tu wiele ras, dla których ludzie to świetna przekąska. Gdy się do nich zbliżysz, nie odpuszczą ci.
- Więc, co ja mam teraz zrobić? – podkulił kolana. Wyglądał tak żałośnie, że nawet mi było go szkoda.
- Wiesz, prawdopodobnie nic. – odpowiedział niemal natychmiastowo. – Pewnie już jutro będziesz martwy. Nie wiem jakim cudem jeszcze w ogóle żyjesz.
Co jak co, ale profesor to zawsze umie pocieszyć.
- Ale jest jedno wyjście. – czarodziej uśmiechnął się podejrzanie. Do spojrzał na niego z nadzieją. – Kai może zawrzeć z tobą pakt.
Gdybym miał wtedy coś w ustach, na pewno bym to wypluł. Jak ten przerośnięty staruch mógł zaproponować coś takiego, gdy sam dopiero opowiadał nam o tym, że kontrakty między demonami a ludźmi są niedozwolone?
- Po pierwsze: nie widzę powodu, dla którego miałbym to zrobić. – lekko wytrącił mnie z równowagi. Nigdy nie byłem altruistą. – Po drugie: jak sam powiedziałeś, pakty są zakazane.
- Nie mamy wyjścia, rada to zrozumie, tym bardziej, że jesteś synem Lucyfera i…
- Skończ. – syknąłem, na wydźwięk imienia mojego ojca.
- Kai, bez ciebie on nie przeżyje.
- Trudno.
- Jongin. – usłyszałem łamiący się głos Do. – Ja jestem w stanie oddać duszę, tylko proszę, ochroń mnie.
- Kai, choć raz zrób coś szalonego. – profesor wtrącił się na chwilę z jego jakże zabawnym tekstem, ale zignorowałem go, bo Kyungsoo ciągle chciał coś powiedzieć.
- Jongin, błagam, potrzebuję cię. – zarumienił się do granic możliwości, w jego oczach lśniła nadzieja, a napuchnięte policzki tonęły we łzach.
Coś się we mnie skruszyło.



____
* alfa, beta, omega - hierarchia, zwykle psia, wilcza itp.


Dzisiaj o 20:44 pojawi się prawdopodobnie jeszcze jeden rozdział SOL, ponieważ mam wenę na to opowiadanie. Jeśli chodzi o ten rozdział to cóż, wyszedł jak woda. Bez smaku, taki nijaki, ale następny będzie o wiele lepszy. Przynajmniej takie mam wrażenie. Tak więc do następnego! :D

2 komentarze:

  1. Pierwszy rozdział - cudo. Mogłabym się przyczepić o szczegóły, ale nie warto. Podoba mi się to, że wplątałaś w to demony i inne nadprzyrodzone postacie. Ogólnie jest na plus, ale Kyung... proszę, nie rób z niego takiej beksy hahah. Zabiłaś mnie wilkołakiem Chanyeolem.*-* I mam nadzieję na dużo chanbaeka w tym fanfiku! bo OTP:(
    Wybacz że tak krótko, no ale co ja mogę więcej powiedzieć... Moje klimaty, jest kaisoo, będzie baekyeol, pierwsza część świetnie napisana, mi się podoba. Obyś szybko nie skończyła SOL. Weny! C:

    OdpowiedzUsuń
  2. Jednak opłacało się dalej szukać kaisoo, znalazłam. Czy jestem zadowolona? Bardzo! Czy będę wierną fanką tego? Coś czuje że nie ma innej opcji

    Kyo

    OdpowiedzUsuń